|
Ah, cóż to za przyjemność, spędzić trochę czasu z rzadkim, dzikim stworzeniem w jego naturalnym środowisku! Nawet jeśli, tak jak John Bantin, trzeba dzielić to doświadczenie z kilkoma innymi osobami.
Były takie czasy, kiedy wracające z safari łodzie, przed zawinięciem do portu w Marsa Ghaleb (południowy Egipt), zatrzymywały się w osłoniętej zatoczce, gdzie można było spędzić noc i załapać się na jeszcze jedno, kończące wyprawę nurkowanie. Była tam jedna, nieszczególna rafa i bardzo dużo trawy morskiej. To miejsce podobało się szczególnie nurkom, którzy, znudzeni ogladaniem korali, chcieli dla odmiany pobuszować wśród trawy, gdzie spotkać mogli duże żółwie z towarzyszącymi im remorami. Zdarzało się tam również spotkać guitarfisha, a nawet ośmiornice. Jednak prawdziwą gwiazdą zatoki był diugoń, pasący się na łące niczym morska krowa, jak z resztą jest często nazywany. Można było również natknąć się na parę diugoni w czasie randki. Jeszcze na długo zanim ta zatoka, zwana Marsa Abu Dabab, stała się jednym ze sławniejszych miejsc nurkowych na południu Morza Czerwonego, każde nurkowanie w niej stawało się poszukiwaniem diugoni.
Diugonie z Morza Czerwonego są rzadkimi, żyjącymi samotnie zwierzętami, więc nic dziwnego, że mimo iż nurkowałem w tych rejonach wiele, wiele razy, widziałem tylko dwa okazy na powierzchni i żadnego pod wodą. Mimo że wiele z płytkich zatok, licznych na południowym wybrzeżu Egiptu, jest miejscem żerowania tych zwierząt, trudno jest je spotkać, ponieważ, w przeciwieństwie do krów, nie żerują one w stadach. Te niezwykłe morskie ssaki maja rozmiary krowy, z przodu przypominają wyglądem słonie i mają stosunkowo duży ogon, podobny do ogona wielorybów. Kiedy pierwsi europejscy żeglarze zobaczyli je z daleka, trzymające w objęciach swoje noworodki, odżyły antyczne legendy o półludziach, półrybach - syrenach.
Wiele osób myli diugonie ze słodkowodnymi manatami z Florydy. Jednak, mimo że jedne i drugie należą do rzędu Syren, różnią się wyglądem, szczególnie jeśli chodzi o ten nieprzystający ogon. Prawdę mówiąc diugonie wyglądają dość absurdalnie. Kto przy zdrowych zmysłach zaprojektowałby słonia z ogonem wieloryba, odżywiającego się jak krowa? Diugonie zamieszkują płytkie, porośnięte trawą tropikalne zatoki w rejonie Indo-Pacyfiku, największa ich populacja znajduje się u północno-wschodnich wybrzeży Australii. Swoich wielorybich płetw używają jako napędu, przekształconych w płetwy przednich kończyn do stabilizacji i sterowania. Ich ruchy są raczej powolne, lecz zwykle pełne gracji. W odróżnieniu od innych morskich ssaków, nie potrafią wstrzymać oddechu na długo, wiec pod wodą mogą przebywać tylko przez krótki czas. Zapewne z tego powodu żyją na płyciznach. Dożywają nawet siedemdziesiątki, przy czym osiągnięcie dojrzałości płciowej zajmuje im około 17 lat.
|
 Diugonie muszą często wynurzać się po powietrze |
Diugonie znajdują się na liście zagrożonych gatunków, dlatego też zabroniono łodziom nurkowym wpływać do Marsa Abu Dabab, co miało zapobiec nurkowaniu w zatoce. Niestety tego rodzaju posunięcia często okazują się minimalnie spóźnione. Zanim zakaz wszedł w życie, nad zatoką powstał ogromny hotel, oczywiście z centrum nurkowym. Można by rzec - pechowo dla diugoni.
Wybrałem się w tym roku do "ekologicznej wioski" w Marsa Shagra. Działa ona w oparciu o stary, sprawdzony sposób organizowania nurkowań, zapoczątkowany przez Izraelczyków w Eliacie, w czasie gdy posiadali Synaj. Goście mogą wybrać zakwaterowanie w namiotach, lub w niewielkich trzcinowych chatkach. Do tego dochodzi restauracja i zacienione miejsce do przygotowywania i przechowywania sprzętu. W dowolnym momencie można zanurkować z brzegu, popłynąć pontonem na pobliska rafę, albo nawet na Elphinstone, jeśli ktoś jest na tyle twardy. Można też wybrać się na "truck dive". To ostatnie oznacza podróż ciężarówką na nurkowanie z brzegu w jakimś innym miejscu, co mi wydawało się zawsze zbyt ciężką pracą. Jednakże Marsa Shagra Eco Village jest operatorem centrum nurkowego w Marsa Abu Dabab i można uzyskać pozwolenie na nurkowanie w tej zatoce pod ich auspicjami. Teraz już rozumiecie, dlaczego się tam znalazłem! Byłem gotów spędzić cały tydzień na poszukiwaniu diugonia, okazało się jednak, że nie będzie takiej potrzeby. |
 Startujemy |
Moja pierwsza wizyta na zatłoczonej hotelowej plaży sugerowała, że mój partner Rami i ja musimy tylko usiąść w sprzęcie na brzegu i czekać, kiedy zobaczymy grupę 30 włoskich turystów histerycznie krzyczących i chlapiących nad diugoniem, żeby widzieć, gdzie się znajduje. Gdy podpłynęliśmy na miejsce nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Zwierzę znajdowało się na głębokości zaledwie 3 metrów, a nad nim tuziny obutych w płetwy stóp szaleńczo wierzgało. Mimo tego diugoń zdawał się być całkowicie obojętny na tłum ponad nim, spokojnie pasąc się w krowim stylu, przy użyciu swojego owłosionego, przepastnego pyska. Od czasu do czasu wynurzał się wśród gapiów, żeby zaczerpnąć powietrza i z gracją opadał na dno, by kontynuować posiłek. Ja natomiast byłem nieźle poturbowany. Niezliczone stopy kopały mój aparat. Wierzgające kończyny pływaków stale wyrywały mi automat z ust i uderzały mnie ze wszystkich stron. Byłem posiniaczony w miejscach, o których nawet nie wiedziałem, ze jej mam. |

Diugoń ma w nosie kłębiący się tłum gapiów |
Przeżywałem naprawdę ciężkie chwile i zastanawiałem się, dlaczego siedzimy w tak płytkiej wodzie, jednak diugoń zupełnie się nie przejmował. Na grzbiecie miał liczne stare blizny, jednak zanim uznacie, że spowodowały je długie paznokcie, lub biżuteria turystek, wiedzcie, że samce mają długie kły, których używają w trakcie zalotów. Dodatkowo ten konkretny osobnik był strasznie niezgrabnym pływakiem, kiedy przyszło mu manewrować. Mówiono mi, że kiedy zrywa się wiatr i w zatoce pojawiają się fale, czasem obija się o rafę. Niezdarna krowa! Jednak gdy krowa pasie się na łące, pozostaje po niej mnóstwo śladów, znaczących jej trasę - trzeba uważać, gdzie się stąpa. W Marsa Abu Dabab nie było ich w ogóle, dzięki wzmożonej aktywności ogromnych i dobrze odżywionych remor, które podążały za diugoniem, spokojnie oddając się pracy czyszczenia "śladów" jego wędrówki.
Wszystko to wyglądało jak normalne życie diugonia. Gdyby nie lubił tego szalejącego tłumu, przeniósłby się gdzie indziej. Ja też zostałem w końcu uszczęśliwiony, kiedy ścieżka niezjedzonej trawy zaprowadziła go na głębokość 9 metrów, gdzie głośne zachwyty nie były tak dotkliwe dla moich uszu. Tam zrobiłem diugoniowi zdjęcia w bardziej naturalnym środowisku. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że jego zdjęcia pośród szalejącego tłumu są dużo bardziej wymowne - diugonie mają to w nosie. Wystarczy dać im mnóstwo trawy i nie zaczepiać. |
 John Bantin i diugoń. Diugoń to ten po prawej. |
Tekst i zdjęcia: John Bantin
Tłumaczenie: Piotrek Gliszczyński, CN Nowa AMA
|