Zatoka Gdańska. Wczesne, słoneczne przedpołudnie. Morze jest spokojne, prawie nie ma fal. "Hestia", niewielki kuter dobrze znany polskim płetwonurkom manewruje powoli, zataczając niewielkie kręgi. Najwyraźniej czegoś szuka. Znalazł. Na dźwięk syreny załoga spuszcza do wody ciężarek z przywiązaną do niego liną, na której końcu znajduje się duża boja. To nasze stanowisko nurkowe. A pod nim cel naszej dzisiejszej wyprawy - wrak ORP "Delfin".

Nurkowanie na wrakach wzbudza zawsze bardzo wiele emocji. Szczególnie wśród ludzi, którzy tego nigdy nie robili. Często kojarzy się to z grabieżą, szabrownictwem i urąganiem pamięci ofiar tragedii. Jednak ta obiegowa opinia, powszechna wśród osób niezwiązanych z nurkowaniem, bardzo rzadko znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Po pierwsze nie wszystkie wraki wiążą się z ludzką tragedią. Większość z nich zatonęła w okolicznościach, które pozwoliły ludziom się uratować a spora część została zatopiona celowo (jak na przykład "Delfin"). Właśnie takie wraki są najchętniej odwiedzane przez nurków, gdyż świadomość ludzkiego cierpienia i śmierci jest strasznie przytłaczająca, sprawia, że ciarki chodzą po plecach i nie można o niej zapomnieć. Mało kto po nurkowaniu na "Wilhelmie Gustloffie", "Janie Heweliuszu" czy "Salem Express" ma ochotę na powtórkę... Jednak nurkowanie na tych wrakach nie musi być czymś zdrożnym. Jeśli robi się to z szacunkiem dla zmarłych i pokorą, można to porównać do wizyty na polu bitwy lub cmentarzu.

Oczywiście zdarzają się (nad czym większość z nas ubolewa) nurkowie, którzy nurkują na wrakach w poszukiwaniu "skarbów", różnego rodzaju "pamiątek". Tacy ludzie przeważnie nurkują na wrakach, których zatonięcie związane było z ludzką tragedią i rzadko kiedy stać ich na szacunek dla jej ofiar. Jednak na szczęście jest to margines - większość z nas nurkuje na wrakach z zupełnie innych pobudek. Jakich? Pierwszą i chyba najważniejszą z nich jest ciekawość. Widok statku leżącego na dnie jest czymś naprawdę szczególnym. Przede wszystkim jest to takie... nie na miejscu, zupełnie obce naszemu pojmowaniu. Statki powinny pływać po powierzchni, a nie leżeć na dnie. Naprawdę trudno sobie wyobrazić wrak na dnie morza i nawet gdy go tam widzimy, umysł broni się przed tym doznaniem. Na mnie wraki zawsze robią niesamowite wrażenie - są takie nierealne, nierzeczywiste... jak duchy. Wraki przyciągają nurków jako coś niezwykłego, są obietnicą przeżycia niecodziennej przygody bądź szansą na spotkanie z zamarłą na dnie morza przeszłością. Bo każdy wrak, niezależnie od tego czy zatonął w tragicznych okolicznościach, czy został zatopiony celowo, ma swoją historię. Bardzo często przygotowując się do nurkowania na wraku staramy się poznać go jak najlepiej.
Nie tylko jego wygląd i charakterystyczne elementy, pomocne w orientacji pod wodą, ale również jego dzieje. Gdy poznamy historię statku, zanim jeszcze stał się wrakiem, nie nurkujemy już nad bezosobową kupą zardzewiałego żelastwa, lecz obcujemy z konkretnym zjawiskiem, które traktujemy w sposób, na jaki zasługuje. "Delfin" jest tu bardzo dobrym przykładem. Dla ludzi, którzy nie znają jego dziejów jest to po prostu ładny drewniany wrak zatopiony w celach szkoleniowych. I kropka. Jednak dla tych, którzy wiedzą, że okręt ten jest identyczny, jak słynny M/Y "Calypso", statek Jacquesa Cousteau, nurkowanie na nim to jak spotkanie z legendą. Zupełnie innym przykładem jest "Wilhelm Gustloff" czy "Salem Express". Nurkując na tych wrakach trzeba mieć świadomość, że rozegrały się na nich największe tragedie w dziejach katastrof morskich, w których życie straciły tysiące ludzi. Nurkując na tych wrakach powinniśmy uszanować ich cierpienie, oddać hołd ich pamięci.

Każdy spośród setek tysięcy wraków spoczywających na dnie mórz i oceanów jest inny. Są wraki piękne i posępne, ciekawe i tajemnicze, czasem tragiczne. Lecz zdarzają się również wraki zabawne. Takim zabawnym wrakiem jest włoski frachtowiec "Jolanda", który zatonął w Morzu Czerwonym, u wybrzeży przylądka Ras Mohamed. Podczas swojego ostatniego rejsu statek ten przewoził ceramikę sanitarną. Widok morskiego dna usłanego umywalkami i muszlami klozetowymi jest czymś tak niecodziennym, że na długo pozostaje w pamięci. Innym bardzo znanym wrakiem Morza Czerwonego jest brytyjski transportowiec "Thistlegorm", zatopiony podczas II Wojny Światowej przez niemieci bombowiec. Co czyni ten wrak takim wyjątkowym? Po pierwsze nie leży on głęboko (około 30 metrów). Po drugie jest naprawdę duży - ponad 120 metrów długości. Po trzecie jego ładownie są przestronne i łatwo dostępne dla nurków. I po czwarte nie są one puste, a ich zawartość jest niezwykle interesująca. Stoją tam, jedna przy drugiej, dziesiątki ciężarówek załadowanych rozmaitym sprzętem - karabinami, amunicją, motocyklami i skrzyniami pełnymi wojskowych butów. I właśnie te buty robią największe wrażenie, ponieważ nawet mając świadomość, że nikt w nich nigdy nie chodził, każdy patrząc na nie czuje się odrobinę nieswojo. Na pokładzie podziwiać można wagony pancerne, w strefie zniszczonej przez niemieckie bomby leżą czołgi a kilkanaście metrów od lewej burty na dnie morza stoi... lokomotywa. Nieco dalej z prawej strony wraka jest druga. "Thistlegorm" jest bardzo ciekawym wrakiem i nawet tydzień nurkowania na nim to za mało, by dobrze go poznać.
Wynurzając się powoli wzdłuż liny opustowej patrzę w dół, gdzie zarys "Delfina" z wolna rozmywa się w zielonych wodach Bałtyku. Kolejny raz opłynąłem go dookoła, kolejny raz podziwiałem galeryjki krytych pokładów. Nurkowałem na "Delfinie" już wiele razy, ale wiem, że chętnie tu jeszcze wrócę, ponieważ ze wszystkich wraków, które widziałem ten chyba lubię najbardziej. W końcu to jedyny znany mi statek, taki sam jak "Calypso".
Tekst: Piotrek Gliszczyński, CN Nowa AMA
Zdjęcia: Archiwum CN Nowa AMA