Gdzie w Wielkiej Brytanii znaleźć dobre miejsce na nurkowe wakacje? Na Orkadach. John Liddiard udaje się na północ, by delektować się nurkowaniem wrakowym i codzienną zupą - ale nie chodzi tu o złą widoczność...
To mój ostatni wieczór w Stromness, na zakończenie dziesięciu dni nurkowania na wrakach Scapa Flow i okolic. Ostatnie godziny spędzam w zajeździe Ferry Inn, jedząc obiad z kolegami-nurkami, nad kropelką Guinnessa. Tylko kropelką, bo dziś czeka mnie jeszcze jazda do Kirkwall i nocna przeprawa promem do Aberdeen.
Nie potrafię udawać twardego szkockiego akcentu, ani w mowie, ani w piśmie, więc będziecie musieli go sobie wyobrazić w odpowiednich momentach... "Pamiętaj, jestem Ron, nie Eddie, jak piszą w niektórych magazynach" mówi Ron, wieloletni członek załogi Jean Elaine, trzymając w dłoni na wpół opróżniony kufel. Powinienem dodać, że ma oczywiście na myśli mniej poważne magazyny, niż DIVER. "I napisz o zupie", nalega.
Ron dotknął sedna sprawy. Z mojego doświadczenia wynika, że wszystkie dobre łodzie mogą zabrać cię na dobre nurkowania. Tym, co wyróżnia z nich te doskonałe, jest suma wszystkich tych drobnych rzeczy, które dzieją się pomiędzy. Lub nie drobnych, jak w przypadku domowych zup Rona. Jego zupy są wielkie i pożywne, absolutnie nie da się wypić ich przez słomkę.
Przyjechałem na Orkady parę dni przed zaplanowanym wcześniej tygodniem nurkowania w Scapa Flow, żeby zaliczyć kilka innych wraków. Najpierw statki zatopione w Barierach Churchilla, potem trawlery za Kirkwall, badane przez Kevina Heatha. Gdy wróciłem do Stromness i okrętowałem się na Jean Elaine, przybyła reszta nurków, tworzących naszą grupę na najbliższy tydzień. Cały sprzęt, począwszy od dużych, pojedynczych butli, po twinsety i "stejdże" jest już przyszykowany i gotowy na poranne nurkowanie. Z wyjątkiem nurka, który zajęty jest wypożyczaniem pianki i jacketu - on przyleciał na Orkady, ale jego sprzęt gdzie indziej...
Wybór miejsca na pierwsze nurkowanie jest zgodny: Köln - najlepiej zachowany ze wszystkich krążowników wielkiej niemieckiej floty. Dno pod wrakiem jest na 36 metrach, większość nurkowania odbywa się miedzy 25 a 32 metrem - bardzo dobry wybór na początek, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Zwłaszcza, że pozostali nurkowie są tu pierwszy raz - "Scapa virgins". Dla mnie to szansa na sprawdzenie ostatnich szczegółów do przewodnika po wrakach, nad którym pracuję i na zrobienie świeżych, aktualnych zdjęć. Z powrotem na pokładzie - Ron rozdaje kubki ze swoją zawiesistą zupą jarzynową. Wszystkie "dziewice" są szczęśliwe, choć powinienem chyba powiedzieć "byłe dziewice". Nurkowanie na Köln zaspokoiło a nawet przekroczyło ich oczekiwania. Jak większość nurków odbywających pielgrzymkę na daleką północ Szkocji, zanim skończyli pierwsze nurkowanie, mieli pewne obawy, czy Scapa Flow sprosta swej niesamowitej reputacji.
W tak zróżnicowanej grupie zawsze rodzi się podstawowe pytanie - czy wszyscy będą zgodni, co do tego, gdzie powinniśmy nurkować. Po spokojnym popołudniowym nurkowaniu na F2, niemieckim niszczycielu z II Wojny Światowej, udajemy się do pubu na jednego szybkiego. Jeden z nurków ze Swansea zwierza się ze swoich obaw związanych z podróżą na północ: "Nie jechałem taki kawał drogi, żeby nurkować na jakiejś j...nej rafie". Nie musi się o to martwić...
To nie jest normalny tydzień w Stromness. To Tydzień Wydawania Pieniędzy. Nigdy tego nie planuję, jednak jakimś dziwnym zrządzeniem losu zawsze, gdy tu przyjeżdżam, zaczyna się Tydzień Wydawania Pieniędzy. Jeszcze nie do końca doszedłem dlaczego, poza faktem, że zarówno mieszkańcy, jak i przyjezdni, zwykli tu spędzać ciut więcej czasu niż zwykle w pubach - oczywiście by słuchać muzyki na żywo. Przez tydzień dostajemy wszystko, od country po kobzę, na całe szczęście nie w tym samym momencie.
Zupa Rona staje się trochę bardziej agresywna, dzięki mocnym, korzennym przyprawom. Nurkowanie staje się trochę bardziej agresywne dzięki pancernikowi Kronprinz Wilhelm. Wszystkie trzy leżące w Scapa Flow niemieckie pancerniki należą do klasy König a Kronprinz Wilhelm uważany jest za najciekawszy z nich. Nie leży on całkiem do góry stępką, lecz pod znacznym kątem, zostawiając między dnem morza a pokładem sporo miejsca na zwiedzanie jego dział pokładowych. Jego wyższość nad pozostałymi wrakami pancerników udowodniłem sobie dobitnie pozostając na pokładzie Jean Elain. Kiedy reszta grupy wróciła z Kronprinza Wilhelma i rzuciła się na zupę, nasz skipper, Andy Cuthbertson, zrzucił mnie nad Markgrafem. W zasadzie to taki sam okręt, tylko leży bardziej płasko na dnie morza. Chciałem sprawdzić, czy wart jest opisania go w przewodniku. Od mojego ostatniego nurkowania na Markgrafie minęło ponad dwadzieścia lat i szybko przypomniałem sobie, dlaczego. To bardzo duży okręt, ale wszystkie interesujące rzeczy leżą dokładnie zagrzebane w mule pod jego kadłubem. Nurkowanie na nim absolutnie nie jest warte zachodu - jeśli ktoś chce zobaczyć pancernik, to Kronprinz Wilhelm stanowi najlepszy wybór.
Ponieważ morze jest spokojne, Andy mógł podrzucić mnie na dodatkowy wrak po pierwszym nurkowaniu. Korzystam z tego ponownie w dniu zupy grzybowej, nurkując na Karlsrhue, najbardziej zniszczonym krążowniku w okolicy, podczas gdy reszta na pierwsze nurkowanie wybrała Brummer, zdecydowanie lepiej zachowany. Tak na marginesie - do tej pory wszyscy zdążyli już zarzucić pomysł zabierania ze sobą lunchu na łódź. Kilka kromek chleba do zamoczenia w zupie Rona stanowczo wystarczy, zwłaszcza jeśli przygotuje on jeszcze ciasto. Choć na ciastach nie możemy polegać tak samo, jak na zupie - ich obecność na pokładzie zależy od tego, ile wieczorem Ron miał czasu na pichcenie, oraz od tego, czy do ciasta nie dobrały się wcześniej jego dzieci.
Kolejną zaletą słabych pływów, jest fakt, że możemy zaczynać dzień o cywilizowanej godzinie - dziewiąta rano w zupełności wystarczy. Żadnego zrywania się o śmiesznie wczesnej porze, żeby załapać się na spokojną wodę. Niektóre łodzie wypływają trochę wcześniej, inne trochę później, więc na miejscu przeważnie dzielimy wrak z maksymalnie jedną łodzią - to miłe, biorąc pod uwagę ich ilość w Stromness.
Wieczory w pubach to już zupełnie inna sprawa. W mieście jest tylu nurków, że wciąż wpadam na kogoś znajomego. "Nie wiedziałem, że tu będziesz!" "Ja też nie wiedziałem, że ty tu będziesz!" "Czyja teraz kolejka?". Po kilku wieczorach wygląda na to, że znam zarówno większość miejscowych, jak i przyjezdnych nurków. Niektórzy z nich to starzy znajomi. Muszę trzymać rękę na pulsie w kwestii ograniczania mojego spożycia Guinnessa. Muszę też chodzić spać zaraz po północy, żeby móc rano nurkować.
Żeby zabrać nas na wrak James Barrie, trawler leżący w cieśninie Hoxa, skipper Andy czeka na odpowiedni dzień, kiedy pływy będą sprzyjające. Tym dniem okazał się dzień grochówki z szynką. Na miejscu jest już inna łódź, więc ponieważ prognozy pływów są sprzyjające, czekamy, aż ich nurkowie zaczną dwudziestą minutę nurkowania, zanim się zanurzymy. James Barrie jest duży, jak na trawler, jednak nie na tyle duży, żeby zaabsorbować nurków tak jak krążownik, zwłaszcza przy dobrej widoczności w cieśninie. Pozostajemy w okolicy na drugie nurkowanie, Jean Elaine leniwie krąży pod klifami przylądka Hoxa. Maskonury pluskają dookoła, podczas gdy Andy i Ron łowią makrele i czarniaki. Pytam, czy klif ciągnie się dalej pod wodą i co można tam spotkać. "Jedno z najbardziej malowniczych miejsc nurkowych w okolicy" pada odpowiedź. Za plecami słyszę mamrotanie "Nie jechałem taki kawał drogi, żeby nurkować na jakiejś j...nej rafie". Bez obaw - w planie mamy nurkowanie na wraku UB116.
Ten U-boot próbował przeniknąć do Scapa Flow w 1918 roku, lecz został wykryty przez hydrofony i kable indukcyjne rozciągnięte w poprzek cieśniny Hoxa i zatopiony minami głębinowymi. Następnie wrak został przeholowany na swoją obecną pozycję przy wyspie Flotta, a torpedy zostały zdetonowane podczas "kontrolowanej" eksplozji przez Royal Navy. Eksplozja była tak bardzo "kontrolowana", że z połowy okien na wyspie znikły szyby. Gdyby ktoś nie powiedział mi tego wcześniej, sporo czasu zajęłoby mi domyślenie się, że ten wrak był kiedyś U-bootem. Szczególnie mylący może być stary akumulator z kawałkiem liny, służący pewnie kiedyś jako prosiak. Krzywizny kadłuba mogą być jakąś podpowiedzią, ale pewność, że była to kiedyś łódź podwodna, można mieć dopiero zobaczywszy szkielet sterów rufowych.
Dla tych, którzy nocują na lądzie i przyzwyczaili się do pobudki o cywilizowanej godzinie, wypłynięcie bardzo wcześnie rano okazało się prawdziwym szokiem. Ja na szczęście nocuję na łodzi, więc gdy silnik obudził się do życia, przewróciłem się tylko na drugi bok i spałem dalej, podczas gdy Jean Elaine płynęła na zachód, w kierunku Sule Stack, gdzie leży wrak statku Manina. To długi dzień, więc Ron raczy nas najpierw bardzo treściwą fasolówką na lunch, a potem nawet jeszcze bardziej treściwą kolacją, na którą składają się pikantne kiełbaski i makaron z bekonem. Jedząc kolację podziwialiśmy Staruszka z Hoy (Old Man of Hoy), błyszczącego w ciepłym, popołudniowym słońcu.
Tak daleko na północy popołudnia są długie. W zimie jest zupełnie odwrotnie. Mimo to Scapa Flow uważanie jest za bardzo dobre miejsce na nurkowania zimą. Nawet w grudniu dziennego światła wystarcza na zrobienie kilku nurkowań. Scapa Flow jest dobrze osłonięte, wiec wiatry muszą być naprawdę silne, żeby uniemożliwiły nurkowania. W pobliżu nie ma żadnych rzek, więc widoczność jest niezła, łodzie duże i przestronne, z mnóstwem miejsca do schowania się przed złą pogodą. Jean Elaine wyposażona jest w pomieszczenie sprzętowe, tuż obok sterówki, gdzie ciepło płynące z silnika, sprężarki i generatora w mig osusza zawilgocone ocieplacie i suche skafandry, gdzie można schronić się i przebrać. Jednak podczas gdy reszta kraju przez cały tydzień cierpiała z powodu ulewnych deszczy, my skorzystaliśmy z tego schronienia raz czy dwa, podczas lekkiej mżawki. Wyjątkiem był kolega, który zamiast suchego skafandra przez pomyłkę zapakował sitko. Kolega w wypożyczonej piance okazał się być ulepiony z twardszej gliny niż reszta - gdy w końcu jego bagaż odnalazł się w połowie tygodnia, wyciągnął z niego... lepszą piankę.
Pod koniec tygodnia pływy zmieniły się na tyle, że mogliśmy robić drugie nurkowania w ciągu dnia na zatopione statki w cieśninie Burra. Zaczynaliśmy dzień o zwykłej porze, pierwsze nurkowanie odbywało się na Kronprinzu Wilhelmie lub na Dresden, potem, siorbiąc z kubków ciecierzycową, marchewkową lub pomidorową zupę Rona, przenosiliśmy się do cieśnimy Burra. Jak tylko prądy osłabły, Andy wyrzucał mnie nad rufą Doyle'a. Reszta wolała nurkować na łatwiejszym wraku Tabarka, gdzie prądy słabły kilka minut później. Tabarka leży z prądem od dziobu Doyle'a, więc po trzydziestu minutach dryfowałem do drugiego wraka, bawiąc się we "wrakorazzi", robiąc zasadzki z aparatem na zaskoczonych nurków.
Wszystkie nurkowania zrobiliśmy na wrakach, ale scenerią dla części z nich była kolorowa rafa, niektóre same stały się piekną rafą. Widziałem też fokę polującą na czarniaki w zakamarkach Karlsruhe. "Nie jechałem taki kawał drogi, żeby nurkować na jakiejś j...nej rafie" tak bardzo zadomowiło się w naszych rozmowach, że pewnego dnia kontyngent ze Swansea wmaszerował do pubu w koszulkach z takim napisem. W pełni podzielam ich sentyment, choć przychodzi mi do głowy jeszcze jeden slogan koszulkowy, który w pełni podsumowuje miniony Tydzień Wydawania Pieniędzy: "Stromness - spokojne, zapijaczone miasteczko z niewielkim problemem nurkowym".
Tekst: John Liddiard
Tłumaczenie: Piotrek Gliszczyński, Nowa AMA
Macki kontra szczypce>>>