John Bantin poznaje smak ciężkiej pracy archeologa podczas tajemniczej wyprawy na południe Morza Czerwonego.
Ta wyprawa od początku otoczona była aurą tajemnicy. Mike Braun, główny menedżer egipskiego centrum nurkowego Emperor Divers zaprosił mnie na nurkowania wrakowe, jednak wszystkie rozmowy odbywały się w ścisłej konspiracji. Mike nie mógł, albo nie chciał udostępnić mi zbyt wielu szczegółów. Powiedział tylko, że może być to coś rewelacyjnego, ale równie dobrze zupełnie nic. Musiałbym poświęcić tydzień ze swojego życia - czy jestem gotowy na takie ryzyko? Bilet lotniczy przybył na czas i wraz ze Stevem Carmichael-Timsonem polecieliśmy do Hurghady.
Po ośmiu długich godzinach, wliczając w to egipską kontrolę imigracyjną oraz niezbyt komfortową przejażdżkę, znaleźliśmy się na zapuszczonej przystani w południowym Egipcie i dostaliśmy się na pokład czekającej na nas łodzi Emperor Elite. Będzie ona naszym domem podczas nadchodzącego tygodnia. Domem raczej przestronnym, ponieważ Elite to łódź mogąca pomieścić 20 pasażerów. Tymczasem oprócz załogi, mnie, Mike'a i Steve'a na pokładzie byli jeszcze tylko Ahmed Fidel, instruktor nurkowania i Cat Parfitt, przewodnik podwodny.
Wyruszyliśmy na południe, sunąc raźno po morzu gładkim jak lustro. Po przebudowie Elite wyciąga 19 węzłów. Po nocnym rejsie dotarliśmy na miejsce, które, jak później odkryłem nosi nazwę Habili Saleh. Wydedukowałem, że znajduje się ono około 30 kilometrów na południe od Danrerous Reef, niedaleko granicy sudańskiej. Chciałbym powiedzieć wam więcej, ale szczegółowe informacje są zastrzeżone. To właśnie tu Ahmed natknął się kiedyś na coś interesującego.
Jedna z kotwic
Przepłynęliśmy zodiakiem nad krawędzią rafy i zanurzyliśmy się nad piaszczystym dnem usianym gdzieniegdzie małymi skupiskami korali. Od razu dostrzegliśmy dwie spetryfikowane kotwice, leżące na dnie. Następny duży obiekt, który początkowo mylnie wziąłem za trzecią kotwicę, został później zidentyfikowany przez Steve'a jako metalowy fragment steru z bardzo starej łodzi. Potem natknęliśmy się na coś, co bardzo przypominało z wyglądu dzwon okrętowy. Wszędzie dokoła z piasku wystawały fragmenty ceramiki, jednak z o wiele młodszego okresu. Były też tam przeróżne amfory, ozdobne urny i wielkie dzbany, rozrzucone na dnie na obszarze wielkości boiska piłkarskiego, na głębokości 23 metrów.
Niektóre egzemplarze ceramiki wyglądały dość elegancko, z ozdobnymi rączkami, podczas gdy inne były zwykłymi, stożkowymi dzbanami. Problem polegał na tym, że te wszystkie przedmioty nie leżały tam, czekając spokojnie, aż wyłowi je jakiś wędrowny nurek. Wyciagnięcie czegokolwiek z dna nie wchodziło w grę, zarówno od strony prawnej, jak i praktycznej - wszystko było solidnie przyrośnięte do skały, znajdującej się pod kilkucentymetrową warstwą piasku.
Poszukiwanie metalowych obietów
Podstawowym pytaniem było, czy rzeczywiście jest to poważne znalezisko, wrak antycznego statku. Moja praca polegała na sfotografowaniu tak wielu znalezionych przedmiotów, ile zdołam, żeby można było przedstawić dokumentację ekspertom, którzy to ocenią. Steve przeczesywał dno w poszukiwaniu metalowych elementów przy użyciu podwodnego wykrywacza metali, oraz zarejestrował dokładny obraz dna przy użyciu sonaru bocznego. Dzięki temu, oraz dzięki laptopowi Steve'a, mogliśmy stworzyć mapę leżących na dnie pozostałości, pokrywającą obszar znacznie większy, niż byłoby to w stanie zrobić kilku nurków.
Najpierw zanurkowaliśmy, by ocenić, które przedmioty warte są bliższych oględzin, oznaczając kandydatów piłeczkami pingpongowymi na sznurkach. Odczyty z detektora Steve'a wykazały ogromne ilości metalowych przedmiotów porozrzucanych dookoła. Niektóre elementy wyglądały jak miedziane nity. Oczywiście najbardziej podekscytowani byliśmy dzwonem. Miał on bardzo prosty kształt, jednak doszliśmy do wniosku, że gdyby udało nam się go oczyścić i sfotografować, dostarczyłby on poszlak mogących określić, co tak naprawdę leży na dnie.
Nasz dzwon był kompletnie przyrośnięty do dna, więc zaczęliśmy czyścić go w miejscu, w którym leżał. To była ciężka praca. 23 metry nie brzmią imponująco, jednak jeśli chce się spędzić tam sporo czasu, przystanki dekompresyjne stają się faktem. Musieliśmy rozważnie gospodarować naszym czasem, więc postanowiliśmy pracować na zmianę, każdy po 20 minut na dnie a potem około 15 minutowe wynurzanie. Ten profil pozwalał nam na kilka nurkowań dziennie.
Czy to na pewno dzwon?
Pierwsza zmiana przypadła Mike'owi. Kiedy przyszła moja kolej, znalazłem go z łatwością po ogromnym słupie bąbli, które wydychał, tak wielki wysiłek wkładał w swoją pracę. Zapewne wyglądałem podobnie, gdy Cat pojawił się, by mnie zmienić. W tym samym czasie Ahmed i Steve kończyli pracę z sonarem, tak więc na kolejnym nurkowaniu mieliśmy do dyspozycji pełen zespół nurków do czyszczenia dzwonu. Wprost przesiąkliśmy rozpuszczonym azotem i włożyliśmy w czyszczenie wiele wysiłku, zanim doszliśmy do ostatniego nurkowania na dzwonie. Przypomniałem wszystkim, żeby go nie ruszali, przynajmniej do czasu, gdy go nie sfotografuję. Ahmed zanurkował i wziął się do pracy, po nim zanurzył się Mike. Minąłem Ahmeda wiszącego na długim przystanku dekompresyjnym i odnalazłem Mike'a pracującego wcale nie nad dzwonem, lecz nad leżącą nieopodal amforą. Poprowadził mnie do dzwonu i wtedy zobaczyłem, że widnieje w nim dziura.
To wcale nie był dzwon. To był garnek z terakoty w kształcie dzwonu a rozczarowanie Mike'a było wręcz namacalne. Pokazał, że powinniśmy się obaj wynurzyć. Kiedy płynęliśmy w stronę rafy, widzieliśmy więcej "dzwonów", których wcześniej po prostu nie zauważyliśmy. Zabawne, jakie sztuczki potrafi płatać umysł, kiedy chcemy zobaczyć, to co chcemy.
Dzban z jednym uchem
Po powrocie na pokład Elite przedyskutowaliśmy sprawę i odłożyliśmy rozczarowanie na bok. Postanowiliśmy wybrać kilka amfor i innej ceramiki w dobrym stanie, wyczyścić je jak najlepiej potrafimy i dokładnie je obfotografować. Niektóre amfory nie nadawały się zupełnie, ponieważ rosły na nich koralowce. Pozostałe zostały potraktowane pędzelkami i dłutami. Steve i ja pływaliśmy miedzy nimi z kamerą, aparatami fotograficznymi i linijkami, które kładliśmy obok dla uchwycenia skali. Woda pełna była piasku i okruchów skał, uwolnionych przez ciężko pracującą resztę ekipy. Jednak mimo tego udało nam się sprawnie wykonać zadanie, zdjęcia zostały obrobione i wysłane do kilku ekspertów z całego świata.
Werdykt eksperta
Ross Iain Thomas z Uniwersytetu Southampton powiedział nam, że ilość interesujących szczegółów pomoże w identyfikacji przeznaczenia i wieku tajemniczego wraka. Zaczął pracę od prześledzenia śladów wewnętrznej struktury rudy, widocznych w miedzianych gwoździach i ołowianym poszyciu z dziobu i rufy. "Ołowiane poszycie wykonane było z ogromnych płyt o grubości 1 - 2 milimetrów. Uszczelnione było smołą i przytwierdzone do drewnianej konstrukcji miedzianymi gwoździemi" - powiedział. Ten system zabezpieczania burt przed drewnożernymi mieszkańcami mórz znajdowany był często na wrakach Morza Śródziemnego, pochodzących z okresu pomiędzy 5 wiekiem p.n.e. a 2 wiekiem n.e. Tego typu poszycia i gwoździe znajdowano również w magazynach rzymskich portów nad Morzem Czerwonym (Myos Hormon i Bernike) z okresu pomiędzy 1 w. p.n.e. a 3 w. n.e.
"Na zdjęciach widać przynajmniej dwie antyczne kotwice" mówi Ross. "Dwuramienne, proste kotwice z żelaza pojawiły się na Morzu Śródziemnym we wczesnym okresie Republiki Rzymskiej, jednak łukowaty kształt ramion tych egzemplarzy pojawił się dopiero w początkowym okresie Cesarstwa Rzymskiego. Zarówno poszycie burt, jak i kotwice świadczą o tym, że ten statek zbudowany był w tradycyjnym stylu śródziemnomorskim".
Ross nie był ani trochę zdziwiony obecnością rzymskiego statku w tym miejscu. "Po wchłonięciu Egiptu w 30 roku p.n.e. i Nabatei (dzisiejsza Jordania) w 106 roku n.e. Rzym kontrolował większość wybrzeża Morza Czerwonego. Tę okoliczność wykorzystywali greccy i rzymscy kupcy, angażując się w handel egzotycznymi przyprawami i kadzidłami ze Południową Arabią, Wschodnią Afryką i Indiami, wykorzystując do tego szlaki Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego."
Amfory walały się wszędzie
Nurkowaliśmy wiec na wraku antycznego statku handlowego. Ron powiedział, że dokładna analiza ładunku pomogłaby precyzyjnie określić jego przeznaczenie, jednak dostarczone przez nas zdjęcia pozwalają na wstępne hipotezy. Dwudzielne uchwyty, kropliste wykończenia krawędzi, długi, cylindryczny kształt z krótką szyjką większości amfor pasują do ceramiki wytwarzanej w Hiszpanii, Grecji, Italii, Turcji, Francji, Tunezji i Egipcie od schyłku 1 wieku do połowy 3 wieku naszej ery. Kropliste, długie amfory z solidną szyjką i małymi, okrągłymi uchwytami u góry pochodzą z Egiptu i wytwarzane były w tym samym okresie. Przysadziste amfory, z płaską, okrągłą podstawą pochodzą z Francji, Hiszpanii i Północnej Afryki, z okresu pomiedzy 50 a 300 rokiem n.e.
"Te trzy typy amfor przeznaczone były głównie do transportowania wina, co wskazuje, że ten statek odbywał rejs do Południowej Arabii, Wschodniej Afryki lub Indii, żeby wymienić wino na przyprawy, kadzidła, lub inne egzotyczne towary poszukiwane przez bogate społeczeństwo Rzymu" twierdzi Ross. Wszystko wskazuje na to, że ten rzymski statek handlowy zatonął między 50 a 200 rokiem naszej ery, płynąc z Berniki do nieznanego portu. W Morzu Czerwonym może być wiele takich wraków, jednak ze względu na jego dużą głębokość, znalezienie choć jednego jest rzeczą niezwykłą.
Tekst: John Bantin
Tłumaczenie: Piotrek Gliszczyński, CN Nowa AMA