Laleczka z Attersee
Austria... Alpy... Dachstein... Pierwsze skojarzenia, jakie wiążą się z dźwiękiem tych słów to zima, śnieg, lodowce, narty... Ale czy tylko? Ja najbardziej lubię Dachstein wczesną jesienią, we wrześniu, kiedy nastaje najlepsza w roku pora, by nurkować w przepięknych alpejskich jeziorach. W baśniowej scenerii strzelistych górskich szczytów, pośród złocących się jesiennymi liśćmi lasów, ich wody kusząco migoczą w słońcu... I każde z nich inne, oferujące odmienne doznania...
Turkusowy gigant
Na pierwszy ogień bierzemy Attersee, nad którym mieszkamy. Jest to jedno z największych i najgłębszych jezior w Alpach (prawie 170 metrów głębokości, około 5 kilometrów długości), pełne niezliczonych podwodnych atrakcji. I na pierwszy rzut oka jest to jedno z bardziej zaskakujących jezior - jego wody mają tak intensywnie turkusowy kolor, jak laguny na Oceanie Indyjskim... w pierwszej chwili wywołuje to zwykle chwilową konsternację, która szybko przechodzi w gorączkową chęć zanurkowania w tej wodzie. Miejsce nurkowe, które wybraliśmy na pierwsze nurkowania nazywa się Dixi, od nazwy jachtu, który zatonął w tym miejscu. Ale tak naprawdę leżą tu trzy wraki - oprócz Dixi są jeszcze dwie mniejsze łodzie, malowniczo szczepione ze sobą po kraksie, która posłała je na dno. Tutaj także znajduje się kultowa maskotka jeziora - szmaciana laleczka - krasnal, przyczepiona do jednej z nóg podwodnej platformy do ćwiczeń.
Tajemnicza kapliczka
Dzień drugi. Krystalicznie czyste wody Wolfgangsee, nie robią już na nikim takiego wrażenia - po wczorajszych doznaniach wydają się czymś zupełnie naturalnym... Jednak widoki pod wodą znów zaczynają zapierać dech - gigantyczne wąwozy, pionowe skalne ściany, ogromne głazy... Czujemy się jakbyśmy szybowali pośród szczytów gór, a nie nurkowali w jeziorze. A wszystko w wodzie tak przejrzystej, że czasami wydaje się, jakby jej w ogóle nie było... na głębokości 40 metrów nie trzeba używać latarek - rzecz kuriozalna w tej szerokości geograficznej. Nurkując w Wolfgangsee również można natknąć się na ciekawe zjawisko - na krawędzi jednej z pionowych ścian skalnych ktoś zbudował "kapliczkę", której centralnym elementem jest posążek kobiety (niektórzy twierdzą, że to syrena), trzymającej tacę z... gumową kaczuszką... Przerwę między nurkowaniami wypełnia nam piknik na trawie, w delikatnie grzejących promieniach jesiennego słońca.
Pod prąd
Następnego dnia znów zmiana (w pogodzie niestety też...), tym razem jeszcze większa - nurkujemy w rzece Traun. Jej niewielkie rozlewisko powyżej małej zapory jest jednym z najbardziej znanych austriackich miejsc nurkowych. I nic w tym dziwnego, gdyż jest to miejsce niezwykle ciekawe. Prawy brzeg to strome ściany, obfitujące w liczne wyżłobione przez nurt groty. Z lewej strony znajduje się malownicza wysepka, również pełna grot i jaskinek, oraz dwa zatopione budynki. W nurcie rzeki natknąć się można na potężne konary drzew, pośród których żerują naprawdę spore okonie. Jeśli komuś dopisze szczęście, znajdzie również pozostałości starego drewnianego mostu. Nurkowania w rzece, choć fascynujące, nie są łatwe - połowę dystansu trzeba przepłynąć pod prąd. Tym razem mieliśmy szczęście, że ostatnio nie było ulewnych deszczy i nurt nie był zbyt silny.
Z lodowcem w tle

Po jednodniowej przerwie w nurkowaniu, poświęconej na zwiedzanie gigantycznego kompleksu jaskiń w masywie Dachsteinu (co chwilę słychać było w naszej grupie westchnienia "achy, gdyby to wszystko zalać wodą...") wyruszyliśmy na podbój największej nurkowej atrakcji Alp austriackich - jeziora Gossausee. Gossau to najwyżej położone jezioro na naszej liście - prawie tysiąc metrów nad poziomem morza. Na szczęście znów pojawiło się słońce i mogliśmy w pełnej krasie podziwiać cudowną okolicę. Z jednej strony gęsty las iglasty, z pozostałych stron strzeliste szczyty gór i zamykający dolinę lodowiec. A pomiędzy krystalicznie czyste wody jeziora, dla odmiany ciemno zielone. W tym miejscu można by spędzić cały dzień zachwycając się jego pięknem, ale nas już goni, żeby jak najszybciej zanurzyć się pod tak obiecującą powierzchnię. Tuż po zanurzeniu pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest wyraz uniesienia i zachwytu na twarzach całej grupy. Woda ma naprawdę intensywny kolor ciemnej zieleni, ale jest tak krystalicznie przejrzysta, jakby jej w ogóle nie było... Nurkujemy przy wschodnim brzegu jeziora. Są tu przepiękne głazowiska oraz mnóstwo urządzeń hydrotechnicznych, między innymi ogromne wrota do regulowania poziomu wody w jeziorze, pomosty, schody oraz drabiny dla obsługi. Wracając na małej głębokości "do domu" podziwiamy spod wody zaparkowane nad nami łódki, rosnące nad brzegiem jeziora drzewa, spacerujących ludzi, schronisko... To wielka frajda obserwować spod powierzchni świat na zewnątrz... Drugie nurkowanie robimy przy zachodnim brzegu i jest tu równie ciekawie, mimo - a może właśnie dlatego - że nie widać żadnej ludzkiej ingerencji. Największe wrażenie robił gigantyczny pstrąg krążący dookoła wielkiego głazu, niczym model na planie zdjęciowym. Tylko niestety fatygował się na próżno - w aparacie Kasi skończyły się baterie...
Przejście dla... nurków
Ostatni dzień nurkowy spędzamy tak jak pierwszy, blisko domu, w "naszym" Attersee, lecz w innych niż na początku miejscach. Pierwsze z nich to "Vandl", gdzie podziwiać można wrak starej ciężarówki. Potem objechaliśmy prawie całe jezioro dookoła i znaleźliśmy się w miejscu dość szczególnym. Jego podwodną atrakcją są gigantyczne pnie drzew, pomiędzy którymi można baraszkować ja w jakimś labiryncie. Ale nad wodą również jest specyficznie - żeby wejść do wody, należy w całym sprzęcie na sobie przejść przez... ulicę (bardzo grzecznie, po pasach). Nad wodą jest po prostu za mało miejsca na zmontowanie sprzętu, trzeba to robić na parkingu po drugiej stronie drogi. Miny przepuszczających nas kierowców czasem były naprawdę zabawne...
Nurkowanie w alpejskich jeziorach to wspaniała przygoda, nowe doznania, nowe doświadczenia. Jednak na każdym kroku wyprawa ta uczy pokory dla podwodnego świata... Obok "Laleczki z Attersee" przymocowana jest tabliczka upamiętniająca nurka, który tu zginął. Nad brzegiem Wolfgangsee stoją tablice informujące o zakazie nurkowania między 15 września a 15 kwietnia. A nurkując w rzece Traun nie sposób zapomnieć o pracujących dwieście metrów niżej turbinach. Ale to dobrze - taka pokora jest nurkom bardzo potrzebna. Dzięki temu możemy mieć pewność, że za rok znów w komplecie wrócimy w Alpy.
Tekst: Piotrek Gliszczyński, CN Nowa AMA
Zdjęcia: Piotr Hajduk, Piotrek Gliszczyński