|
Zmieniły się czasy, zmieniły się również miejsca nurkowania, miejsca szkolenia. Co prawda główną bazą szkoleniową Centrum Nurkowego NOWA AMA nadal jest jezioro Łańskie, to jednak w zimie, gdy mróz za oknem, czas po temu, by wyjechać w cieplejsze rejony np. do Egiptu. I chyba już tradycją Nowej Amy stały się zimowe szkolenie w Egipcie: w zeszłym roku taki kurs odbył się w Hurgadzie, natomiast w tym roku, w dniach 11 – 18.02 kurs na stopień P1 wg standardów KDP/CMAS miał miejsce na Płw. Synai w miejscowości Dahab.
Ale od początku
Hala odlotów warszawskiego Okęcia o nieludzkiej porze: 7 rano. Kilka twarzy znanych z wcześniejszych kursów szkoleniowych, ale większość obcych. Wszyscy z wielkimi torbami wyładowanymi sprzętem do nurkowania, wyekwipowani w materiały szkoleniowe do nauki. Grupa dość spora: 15 kursantów, 3 instruktorów i 13 osób nurkujących turystycznie. Będzie co robić.
Po 7 godzinach spokojnego lotu z międzylądowaniem w Krakowie, gdzie dosiadła się grupa płetwonurków z Bielska, prawie niezauważalnie lądujemy w Sharm El-Sheik. Egipt. Słonecznie i ciepło, żadnej chmury na niebie. Na lotnisku czekają już na nas mikrobusy wysłane ze współptracującego z nami centrum nurkowego. Półtorej godziny jazdy wśród skał i pustyni Synaju (ale za to dobrą drogą) i dojeżdżamy do Dahab. Zmęczenie daje się we znaki. Jeszcze tylko małe spotkanie organizacyjne i jutro zaczynamy zajęcia. Spać.
Lecz mimo zmęczenia nie mogliśmy się oprzeć pokusie wyjścia do miasta, tym bardziej, iż nasze żołądki domagały się jedzenia. Dahab, stare beduińskie miasteczko, a właściwie wioska, które swego czasu upodobali sobie hippisi. Płetwonurkowie ciągną tu jak pszczoły do miodu, czego dowodem całe mnóstwo szkół i centrów nurkowych, a stwierdzenie, że pod wodą panuje tłok, nie jest bynajmniej nadużyciem z mojej strony. Centrum miasteczka to dziesiątki sklepików oferujących - a jakże - różne pamiątki, to również liczne, kolorowe knajpki. Wieczorem wszystko rozświetlone kolorowymi światełkami, ogniskami palącymi się w wielkich misach. Cały Dahab rzeczywiście kojarzyć się może z atmosferą dzieci kwiatów i filmem „Hair”.
Następnego dnia rano po śniadaniu, o umówionej godz. 8.30 zjawiły się samochody po nasze torby ze sprzętem, ku naszemu nieskrywanemu zdziwieniu i miłemu zaskoczeniu, gdyż wiele się mówi o egipskiej „punktualności”. W tym przypadku było inaczej i w dużej mierze była to zasługa szefa i właściciela bazy, z usług której korzystaliśmy (butle, pasy balastowe, podwodni przewodnicy, organizacja transportu i innych nurkowań). Mowa tu oczywiście o Piotrze Paszku, właścicielu Planet Divers i jego bardzo sprawnym i kompetentnym personelu. Najcenniejsze u Piotra jest to, że gdy przychodziliśmy do bazy zmienić wsześniejsze ustalenia, gdyż ktoś z uczestników niespodziewanie zdecydował się nurkować, w odpowiedzi zawsze padało „nie ma problemu, OK”. Dzięki Piotr, za wszystko!!!
Każdego dnia nurkowaliśmy w innym miejscu, w innych warunkach. Opłynęliśmy wszelkie możliwe miejsca w okolicy:
Lighthouse - piaszczysty stok,
Eel Garden - pole zamieszkałe przez węgorze ogrodowe, na które niestety nie trafiliśmy po wyczerpującej walce z prądem i falowaniem,
Three Pools - trzy płytkie baseny, z których wypływa się na rafę do 20 metrów głębokości i by wrócić do miejsca wejścia do wody trzeba ponownie do nich wpłynąć,
Caves - pieczara w brzegu rafy,
wreszcie piękny
Bells - wąski jar schodzący do 40 metrów głębokości, dla potrzeb kursu zatrzymaliśmy się na 20 metrach i spokojnym nurkowaniem wróciliśmy przez „siodło” do
Blue Hole
i ostatnie, Canion, w który niestety z moją grupą nie trafiłem, ale podobno istnieje.
Dahab jest tak oblegany przez płetwonurków między innymi dlatego, że wszędzie jest blisko i że nurkuje się z brzegu (najdalej wysunięty punkt na północ – Blue Hole, czy Bells to 30 minut jazdy samochodem).
Było więc nurkowanie nad piaskiem, gdzie można przyklęknąć dla wykonania ćwiczenia, nurkowanie nad rafą – doskonałe dla ćwiczeń zmierzających do opanowania obsługi kamizelki, obok rafy pływając nad „wielkim błękitem”, pływanie z prądem i pod prąd – przydaje się dobra praca płetw i wsześniejsze ćwiczenia w basenie, na rozkołysanym morzu, nurkowanie w nocy (bez emocji, ale fosforyzujący plankton robi duże wrażenie). Nurkowaliśmy także w wodzie o przejrzystości jak na warunki panujące w Morzu Czerwonym słabej (do 6m), a to za sprawą silnego falowania i zachodzącego już słońca, które nie doświetlało już wody.
Były to nurkowania piękne, mimo że szkoleniowe. Z każdym nurkowaniem było widać ogromne postępy kursantów, bowiem wszystkie wrażenia, jakich doświadczali sprawiły, iż po 5 dniach bardzo intensywnego szkolenia w wodzie i podczas prowadzonych na miejscu wykładów stali się w pełni wykwalifikowanymi płetwonurkami stopnia P1, dla których obsługa kamizelki nie stanowi już żadnego problemu, a i pomoc partnerowi - w razie potrzeby - jest możliwa (prawda, Tomku i Moniko?). A potwiedzeniem moich słów niech będą słowa nowozelandzkiej przewodniczki, która towarzyszyła nam w ostatnim dniu (Bells i Canion) „dawno nie widziałam tak dobrze zorganizowanej i zdyscyplinowanej grupy”. I jakież było jej zdziwienie, gdy dowiedziała się, iż ci ludzie dopiero kończą szkolenie. Tak więc nasza praca instruktorska została wykonana, choć został do zdania egzamin teoretyczny, który był już tylko formalnością i logicznym dopełnieniem tego, co grupa reprezentowała w wodzie.
Po tygodniu zmagań trzeba było wracać z ciepłego Egiptu do - jak się okazało - zaśnieżonej Polski. Każdy z nas wracał z nowymi doświadczeniami, a kursanci - z patentem płetwonurka.
Dziękuję wszystkim uczestnikom, uczenie Was nurkowania i nurkowanie z Wami było połączeniem przyjemności z pracą.
Maciej Myszkiewicz – Nowa AMA
|