|
|
W pamiętniku przeczytasz o imprezach, wyjazdach, szkoleniach i wydarzeniach w jakich braliśmy udział w ostatnim czasie. Krótkie, ilustrowane relacje to kolejne etapy działalności Nowa AMA. Pamiętnik prowadzony jest od czasu kiedy powstał pomysł jego tworzenia i wspomnienia w nim zawarte nie wyczerpują naszej historii.
|
| WYPRAWA NURKOWA NA ZANZIBAR |
19 - 28.11.2005
Europa Centralna. Blady świt w chłodny jesienny poranek. Na warszawskim lotnisku Okęcie gromadzą się młodzi ludzie z podejrzanie dużymi bagażami. Nerwowo rozglądają się w poszukiwaniu swoich towarzyszy. Tylko M. zna wszystkich wiec to ona wychwytuje kolejne osoby. Pozostali ukradkiem przyglądają się obsłudze odpraw sondując, u kogo będzie najłatwiej przemycić manele
Tak mogłaby zaczynać się kolejna część przygód Agenta 007, ale nic z tego, to tylko szczęściarze wyruszający z Nową Amą na wyprawę do Afryki (Tanzania/Zanzibar) - safari połączone z nurkowaniem. Wszyscy z dużym nadbagażem zastanawiamy się, czy uda prześliznąć się przez odprawę. Trochę gimnastyki, kombinowania i kolejne bagaże znikają na taśmociągu. Udało się! A wiec na początek kierunek Amsterdam a potem, po krótkiej przerwie startujemy do Kilimandżaro. Obsługa dba o nas jak należy, więc lot mija bardzo szybko. Lądujemy w Tanzanii - ciemną noc rozjaśniają nieliczne latarnie wokół budynku lotniska. Zbieramy się ochoczo. W drzwiach samolotu dostajemy pierwsze uderzenie prosto w twarz, temperatura +27°C. Zamroczeni ruszamy na spotkanie lokalnych celników. Po zapłaceniu haraczu (50$ od głowy) możemy odebrać bagaż i tu kolejna niespodzianka, jedna walizka znikła. Ktoś zabrał nie swoją walizkę - nerwówka, zamieszanie. Jacek rzuca się w pogoń i znajduje faceta przed lotniskiem - "siłom i godnościom osobistom" przekonuje go do zamiany bagażu.
Jeszcze godzina jazdy w ciemnościach małym autobusikiem (ostatnia latarnia była w odległości 50 m od lotniska) i dojeżdżamy do hotelu. Umordowani po niemal 20 h od spotkania na Okęciu, wskakujemy w krótkie spodenki i kolacja. Piwo smakuje jak szampan, ale trzeba iść spać, gdyż rano ruszamy na safari.
Zaraz po śniadaniu pod hotel podjeżdżają 3 Land Cruisery z obstawą - to nasz dom na najbliższe 3 dni. Jaszcze wymiana kasy, szybkie zakupy i ruszamy na spotkanie dzikiej Afryki. Chociaż Tanzania to jeden z najbiedniejszych krajów świata, to z czystym sumieniem stwierdzam, że dróg możemy im pozazdrościć - ani jednej dziury, całkowity brak kolein. Mimo tego jazda i tak dłuży się niemożebnie, ale już wczesnym popołudniem docieramy na miejsce noclegu. W czasie gdy obstawa rozbija namioty i szykuje posiłek, my zrzucamy graty, otwieramy dachy naszych terenówek i ruszamy na polowanie, fotograficzne ma się rozumieć. Przed nami Park Narodowy Jezioro Manyara. Musimy się śpieszyć, bo słońce jest już dość nisko a po zmroku przebywanie na terenie parku jest zabronione. Zjeżdżamy z asfaltu, ostatnia kontrola pozwoleń, policzenie osób przez strażników i wjeżdżamy do buszu. Od razu pojawiają się małpy (i nie mam tu na myśli innych turystów) - ostre hamowanie i wszyscy rzucamy się do robienia zdjęć. Parę metrów dalej gazele i antylopy, znów strzelają migawki. Czujemy się jak paparazzi starając się uchwycić swoją zdobycz zanim zorientuje się, że jest na celowniku. Na lewo słoń, na prawo żyrafa, na wprost hipopotam i naprzód. Zachowujemy się jak małe dzieci, emocje i zachwyt biorą nas we władanie. Zapominamy o dokładności przy robieniu zdjęć - byle zdążyć zanim słoń odejdzie w busz, byle złapać ziewającego hipopotama. Padają pierwsze krzyki miedzy samochodami - kto zdążył zrobić zdjęcie tego czy tamtego zwierzaka. A wszystko w kolorach zachodzącego słońca. Na koniec jeszcze jedno przeżycie - szybka tanzańska ściana deszczu. Pełni wrażeń wracamy na kolację i nocleg. Zmrok zapada szybko, więc kierowcy cisną gaz, aby opuścić teren parku. Do campingu dojeżdżamy dyskutując o tym, co widzieliśmy a tu kolejna niespodzianka - po kolacji będzie pokaz lokalnych tańców i śpiewów. Zachęceni lokalnym folklorem postanawiamy nie być gorsi i namawiamy Artura, aby wyciągnął gitarę - jest nieźle. Na koniec dnia, dobrze po północy każdy robi szybki oprysk przeciw komarom i znika w namiocie, bo rano zwijamy bazę i wyruszamy do znajdującego się na pograniczu Tanzanii i Kenii najpiękniejszego parku narodowego Afryki - Serengeti.
Po krótkiej jeździe po płaskim drogę przegradza nam płaskowyż. Land Cruisery ochoczo wspinają się po krętej drodze. Zaczynam się zastanawiać skąd te wzniesienia. Dopiero po dłuższej wspinaczce okazuje się, że to zewnętrzna ściana wulkanu. Zatrzymujemy się na krawędzi, skąd rozpościera się fenomenalny widok na dno krateru - Park Narodowy Ngorongoro. Na razie możemy obejść się smakiem - to rodzynek na drogę powrotną. Zjeżdżając z krateru zatrzymujemy się w wiosce Masajów, położonej na środku pustkowia. Witają nas gorąco śpiewem, oprowadzają po chatach i zachęcają do zakupu kolorowych koralików. O ironio losu, wygląda na to, że koło historii dokonało znaczącego zwrotu, kiedyś to biały człowiek oferował tubylcom kolorowe paciorki a teraz
to my kupujemy je za twardą walutę. Muszę przyznać, że to jednak inny świat. Wioska za palisadą chroniącą mieszkańców przed dzikimi zwierzętami, chaty obsypane warstwą ziemi, aby zatrzymać wewnątrz chłód w letnie upały i pełno dzieci - uśmiechniętych, ale i trochę wystraszonych. Choć to świat bez prądu, radia i TV a mieszkańcy po wodę musza chodzić kilkanaście kilometrów w jedna stronę, to myślę że oni są biedni, ale z pewnością szczęśliwsi niż wielu z nas.
Ruszamy dalej. Szybo zjeżdżamy na równinę. Powietrze zaczyna już mocno falować, choć nie ma jeszcze południa. Pojawiają się wątpliwości, czy widoki na horyzoncie to rzeczywistość czy też fatamorgana. Przed nami aż po horyzont rozpościera się rozległa równina. Po godzinie szybkiej jazdy docieramy do granicy parku Serengeti a po kolejnej do centrum rangersów, położonego na jedynym w okolicy wzniesieniu. Widok ze wzgórza zapiera dech w piersiach - jak okiem sięgnąć w każdą stronę łany traw, po których łagodnie przesuwają się pojedyncze cienie cumulonimbusów.
Wracamy do samochodu, aby ruszyć dalej a tu drogę przed nami przekracza stado słoni - samce, samice, młode. Dotychczas widzieliśmy pojedyncze osobniki a tu całe stado porusza się dostojnie, bez pośpiechu doskonale zdając sobie sprawę, kto tu jest u siebie. Zagłębiając się w równinę Serengeti spotykamy coraz więcej zwierząt i to nie pojedyncze osobniki, lecz całe stada. Przed nami na poboczu stoi samochód z turystami - to sygnał, że w pobliżu jest zwierzyna. Podjeżdżamy bliżej - w trawie po kolana leniwie rozłożył się simba. Dla niewtajemniczonych to lew w języku suahili. Choć dzieli nas od niego zaledwie odległość dwóch, może trzech lwich skoków, nie czujemy strachu, on zaś kompletnie nas ignoruje. Po kolejnej sesji zdjęciowej ruszamy na spotkanie przygody. Z każdą chwilą w około nas jest coraz więcej zwierząt. Samochód ostro hamuje, kiedy stado antylop i zebr przekracza drogę. W końcu są "na pasach" (no może raczej maja je na sobie), wiec mają pierwszeństwo. Wygląda, jakby stado nie miało końca, wiec po 15 minutach podziwiania jego ogromu pozwalamy sobie na małe wymuszenie i powoli ruszamy. Zwierzęta łaskawie ustępują z drogi. Po dobrych 2 godzinach jazdy wśród łanów traw docieramy do pierwszych drzew - przepięknych rozłożystych akacji parasolowych - to oznaka, że niedaleko jest już do pola biwakowego. Dzisiaj śpimy na otwartym biwaku w środku parku narodowego. Po dotarciu na pole namiotowe pierwsze ostrzeżenie o bliskości dzikich zwierząt - kuchnia i stołówka wyglądają jak kryte strzechą klatki w zoo. To jedyne miejsce ratunku dla nocujących tu turystów, gdyby wizytę złożyli im panowie tego terenu, czyli drapieżniki.
Nasza obstawa zabiera się za robotę, my zaś, bez gratów a jedynie uzbrojeni w aparaty fotograficzne i kamery, ruszamy na podbój Afryki. Uwierzcie, Serengeti jest niesamowite. Jak w olbrzymim przepięknym ogrodzie z tą różnicą, że to odwiedzający są w klatkach (samochodach z których nie wolno wysiadać), zaś zwierzęta władają całą okolicą. Co chwila postój na zdjęcia. Nie sposób nawet zapamiętać wszystkiego - małpy wszelkiej maści i autoramentu, antylopy, gazele, oryxy, bawoły, hipopotamy, krokodyle, żyrafy i tak bez końca. I nie to, że jakieś pojedyncze sztuki - całe stada. Musimy uważać żeby ich nie przestraszyć, bo wtedy bylibyśmy jak małe dzieci w tłumie ogarniętym paniką - całkowicie bez szans na ucieczkę. Nawet skorupy samochodów w takiej sytuacji mogłyby okazać się niewystarczające.
Zachodzi słonce i na pożegnanie dnia, tuż przy biwaku, spotykamy żyrafy. W kolorach zachodu wyglądają niepowtarzalnie urzekająco. Noc zapada szybko, ale jako że jest pełnia, księżyc rozjaśnia całe obozowisko. Oprócz nas jeszcze jakieś 5-7 namiotów rozbiło się w tym samym miejscu. Kolacja znika w szybkim tempie. Jutro czeka nas kolejna atrakcja - "polowanie" na koty.
Pobudka przed świtem, kawa, herbata i ruszamy. Pierwsze promienie wschodzącego słońca omiatają nasze twarze - okazuje się że poranek w Afryce wcale nie jest taki ciepły. Poszukiwania przeciągają się, myśleliśmy, że "dzikich kotów" będzie równie dużo jak innych zwierząt, a tu mijają godziny i nic tylko sawanna. Tu i ówdzie wśród traw znajdują się skalne pagórki - to właśnie na nich powinny być drapieżniki. Rozmawiając z Maćkiem pokazuję jedną ze skał stwierdzając, że fajnie byłoby gdyby na niej siedział jakiś kociak - świetne światło, piękny kształt skały, zdjęcie byłoby jak malowane. Wszyscy w samochodzie zgadzają się z tą opinią. I jak tu nie wierzyć, że marzenia się spełniają. Kilkanaście minut później zbliżamy się do kolejnej formacji skalnej. Jeszcze kilkaset metrów i co widzimy - na wprost nas, na skale, idealnie w takiej pozycji, o jakiej rozmawialiśmy siedzi kot. Nareszcie! Adrenalina bierze górę. Pozostaje tylko pytanie, co to jest - lew, pantera, gepard? Jeszcze zbyt daleko, aby być pewnym. Podjeżdżamy bliżej - to lew, ale żeby podjechać całkiem blisko musimy okrążyć skalny pagórek. Ku naszemu zaskoczeniu okazuje się, że to całe stado. Na półce skalnej baraszkują cztery młode lwiątka, zaś dorosłe samice wylegują się obok. W sumie stado liczy prawie 10 osobników, a brak samca oznacza, że część wyruszyła na polowanie - pozostały tylko niańki z młodymi. Pomimo tego jesteśmy usatysfakcjonowani. Strzelają kolejne migawki, mijają kolejne metry taśmy filmowej a my, zafascynowani, wpatrujemy się w baraszkujące na skale kociaki. Są niemal na wyciągnięcie ręki. Po długiej chwili decydujemy się ruszyć dalej. Długo jeszcze po odjeździe rozmawiamy o tym, co widzieliśmy. Zatrzymujemy się przy hipopotamach, w niedalekiej odległości leniwie podąża stado antylop Gnu. Trafiliśmy akurat na czas migracji, kiedy zwierzęta wędrują miedzy Kenią a Tanzanią i to całkowicie bez wiz i paszportów. Stado rozciąga się od horyzontu po naszej prawej stronie aż po horyzont po stronie lewej. Wygląda jak bezkresna wstęga, powoli sunącą do przodu. Ten jakże nostalgiczny i hipnotyzujący widok przerywa trzask CB, ktoś "szczeka" w niezrozumiałym języku. Kierowcy natychmiast odpalają silniki i mocniej naciskają pedały gazu. Spod kół wystrzeliwują tumany piachu, ale nikt na to nie zwraca uwagi - gdzieś niedaleko jest coś wartego zobaczenia - samochody rwa do przodu. Po chwili dojeżdżamy na miejsce gdzie stoi już kilka innych pojazdów. Naszego kierowcę już wyszkoliliśmy wiec omija wszystkich i parkuje idealnie na wprost lwiej pary leżącej pod drzewem. Podziwiamy Simbę, Króla Lwa - dzieli nas od niego zaledwie 10 metrów. W pewnym momencie król nabrał ochoty na szybki numerek -trzeba mieć naprawdę farta, żeby być świadkiem jak robią to lwy, zwłaszcza, że był to naprawdę szybki numerek. Ta scena to prawdziwe ukoronowanie poranka - możemy wracać do obozu. Teraz, po dwóch dniach safari, stajemy się powoli coraz bardziej wybredni - o to tylko słonie, o to tylko małpy, bawoły itd. Zaczynamy zachowywać się jak starzy mieszkańcy Afryki, którzy maja to na codzień - normalka, przecież tam dzikie zwierzę to jak pies czy kot u nas.
Można by tak długo pisać i wciąż było by o czym... Zapraszam do obejrzenia zdjęć, a spotkało nas jeszcze sporo zaskakujących zdarzeń. Tych, którzy są zainteresowani naszym pobytem na Zanzibarze, odsyłam do przeczytania wspomnień i obejrzenia zdjęć Małgosi.
Tekst i zdjęcia Mirek Banasiewicz
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|11-|12-|13-|14-]
19 - 28.11.2005
Mój wyjazd na Zanzibar był drugim wyjazdem nurkowym w ciepłe, egzotyczne morza, więc moje wrażenia z nurkowań są oczywiście wspaniałe, bo każdy dzień przynosił nowe, ciekawe doświadczenia i obserwacje, a na rafy jeszcze się nie "napatrzyłam" i długo jeszcze nie będę ich miała dosyć.
Na Zanzibar przyleciałam 19 listopada rano, po kilkunastu godzinach lotu z dwiema przesiadkami. Reszta grupy przyleciała z Tanzanii kontynentalnej, po safari (którego oczywiście bardzo im zazdroszczę) mniej więcej godzinę później i wszyscy razem pojechaliśmy do Nungwi Village, miejsca naszego zakwaterowania.
Pierwsze wrażenia z Zanzibaru nie były zbyt korzystne. Miasto, przez które jechaliśmy oraz tereny po drodze do naszego hotelu, były strasznie zaśmiecone a panujący bałagan wręcz niesamowity. Domy, widziane po drodze, budowane przeważnie z gliny, były maleńkie, w większości bez prądu, aczkolwiek wykonane dosyć starannie. Jedynie ich otoczenie pozostawiało wiele do życzenia, wydaje się, że ich mieszkańcy po prostu rzucają wszystko gdzie popadnie.
Natomiast nasz hotel, Nungwi Village Beach Resort wywarł na mnie bardzo miłe wrażenie, był dobrze utrzymany, czysty i wygodny. Jadłospis może nie był zbyt urozmaicony (część grupy zdecydowanie preferowała lunche, czasami bardzo późne, w innym miejscu), lecz jak dla mnie, jedzenie również było OK a obsługa bardzo sympatyczna.
Oczywiście nie mogłam się doczekać nurkowań. Baza nurkowa znajdowała się około 350-400m od naszego ośrodka. Można było do niej dotrzeć plażą w trakcie odpływu lub wodą w trakcie przypływu (choć "przedzierania się przez wodę" spróbowałam tylko raz) albo ulicą od strony miasteczka.
20 listopada. Pierwsze nurkowania w Coral Garden oraz Muangawa, odbywające się w odległości mniej więcej 10 minut łódką od bazy. Obydwa miejsca są dosyć podobne - stosunkowo płytka rafa 15 - 17 metrów, z dużą ilością ryb rafowych. Widzieliśmy na dzień dobry 6-7 żółwi, a także mureny i ogończe. Było bardzo kolorowo, choć woda nie jest tak przejrzysta, jak na przykład w Egipcie.
21 listopada, kolejne dwa nurkowania. Tym razem na rafach Chakatuni i Kichafi, oddalonych około 25 minut od bazy. Głębokość podobna, typ rafy również, z tym, że Kichafi charakteryzuje się bardzo pięknymi koralami stołowymi, ułożonymi w tarasy, w których ukryte są langusty o bardzo, ale to bardzo długich wąsach. "Kręciło się" także parę żółwi. Jak na praktycznie wszystkich pozostałych nurkowaniach były mureny, ogończe, ośmiornice, choć te ostatnie bardzo dobrze się maskują i właściwie tylko dive master je znajdował. Wieczorem mieliśmy koncert muzyki afrykańskiej, pokazy miejscowego "czarownika" - magik "głaskał" się zapaloną pochodnią po całym ciele. Bardzo efektowne były również tańce w wykonaniu czarownika oraz jego dwóch partnerek. Jedna z nich porwała do tańca Mirka, któremu całkiem nieźle to szło. Myśleliśmy, że może "załapie" na stałe pracę na Zanzibarze jako tancerz w ich zespole.
22 listopada, dzień odpoczynku od nurkowań (choć ja wcale nie byłam nimi zmęczona). Jedziemy na "zwiedzanie". Obowiązkowym punktem programu na Zanzibarze jest wycieczka na plantację przypraw. Przewodnik pokazał nam uprawy goździków, szafranu, cynamonu, pieprzu, kardamonu, wanilii, gałki muszkatołowej i innych egzotycznych przypraw, których nazwy trudno spamiętać. Kazał nam wszystkiego próbować i zgadywać, co to są za przyprawy. Niektórzy z naszej grupy nie mieli z tym większych problemów, ale ja jakoś nie mogłam rozpoznać większości z nich. Próbowaliśmy również różnych owoców, na przykład z drzewa chlebowego, które smakują jak coś pośredniego pomiędzy ananasem a bananem. Popatrzyliśmy również, w jak błyskawicznym tempie można wejść na plamę i ścinać kokosy - udało się to tylko miejscowym, nasz przedstawiciel zbyt wysoko nie doszedł.
Następnym etapem naszej wycieczki było Kamienne Miasto ( Stone Town). Po "podreperowaniu" sił lunchem, poszliśmy je zwiedzać. Kręte, wąskie uliczki nieuchronnie kojarzą się z arabską przeszłością wyspy. Domy z przepięknie rzeźbionymi, ozdobionymi brązem, drewnianymi drzwiami, niektóre opuszczone i rozpadające się, niektóre zamieszkane. Setki małych sklepików z pamiątkami, meczety, katedra. Dawny targ niewolników z małymi lochami, w których podobno było stłoczonych bardzo wielu ludzi, robi niezbyt przyjemne wrażenie. Na szczęście to przeszłość. Potem idziemy na nabrzeże. Tam znajdujemy specyficzne restauracje pod gołym niebem. Zanzibarczycy rozstawiają tu dziesiątki prymitywnych rusztów, rozpalają ogień pod patelniami i oferują owoce morza - homary, kraby, krewetki, ośmiornice, małże i ryby, przyrządzane na różne sposoby. Niektórzy próbowali szaszłyków z owoców morza (i nic im nie jest).
23 listopada. Dwa kolejne miejsca nurkowe - Haji i Hunga, położone trochę dalej, około 35-40 minut łódką. Nurkowania na głębokość 16-20m. Haji to bardzo interesująca, rozległa, dość płaska rafa, o bardzo dużej ilości ryb. Szczególnie podobały mi się ich ławice, których tu było bardzo dużo. Na Hunga spotykam się z bardzo dziwnym zjawiskiem. Pod wodą występuje falowanie boczne, które "rzuca" nami (oczywiście wszystkimi rybami też) raz w prawo, raz w lewo. Przesunięcie dochodzi czasami nawet do jednego metra. Poruszamy się więc do przodu zygzakami. Nie jest to zbyt przyjemne a ponieważ na "górze" również faluje, mam niestety objawy choroby morskiej.
24 listopada. Wypływamy na dwa nurkowania na wyspę Tumbatu, około 40 minut od bazy. Znajduje się tam stosunkowo płytka (11-15m), ale bardzo kolorowa rafa. Nie aż tak dużo ryb (oczywiście w porównaniu z Haji), natomiast bardzo ciekawe i kolorowe formacje koralowe oraz wiele bardzo interesujących muszli, które oglądamy i zostawiamy. Niestety woda ma niezbyt dużą przejrzystość, więc musimy trzymać się bliżej siebie. Ci, którzy płyną wyżej (6-8m) lepiej widzą i chyba mają szanse na zrobienie bardziej interesujących zdjęć. Pomiędzy nurkowaniami dostajemy owoce, można też popływać w ABC. Jest fajnie, trochę mi tylko przypieka plecy. Na słońce trzeba bardzo uważać - stoi praktycznie pionowo (Zanzibar leży tuż pod równikiem) i "pali" tych, którzy się nie smarują lub nierozważnie na nim przebywają, czasami nawet w cieniu.
25 listopada. Grupa odpoczywa, Jacek zwiedza wyspę na rowerze a ja płynę na Mnembę z grupą Australijczyków. Atol Mnemba jest, według opinii miejscowych nurków, najładniejszym miejscem nurkowym w okolicy, więc oczywiście jest tam najwięcej łodzi. Nurkuje się w paru miejscach, lecz dwa są najbardziej znane - Kichwani Wall oraz Wattabomi. Jak dopływamy na miejsce (1 godzina 40 minut) nad Kichwani stoi 6-8 łodzi, więc nasz dive master decyduje, że zaczniemy od Wattabomi. Tam zaraz po zejściu widzimy rekina (mój pierwszy), więc od razu nurkowanie uznaję za bardzo udane. Potem jest jeszcze wiele żółwi, strzępieli, gdzieś w oddali przemyka chyba barakuda, a także widzimy mureny i ośmiornicę. Nurkujemy na głębokości 18-19m. Po krótkim odpoczynku schodzimy na Wattaboni Wall. Można powiedzieć, że jest się w akwarium z tropikalnymi rybami. Jest ich rzeczywiście całe mnóstwo. Same korale nie jest może aż tak barwne jak na Tumbatu, ale ryby rzeczywiście są przepiękne. Po nurkowaniu lunch na łodzi i powrót.
26 listopada. Ponownie atol Mnemba, tym razem z naszą grupą. Po drodze mija nas stadko delfinów. To moje ulubione zwierzęta i pierwszy raz je widzę na wolności, tak po prostu, w morzu. Niestety płyną w przeciwną stronę, więc szybko znikają. Są to nasze dwa ostatnie nurkowania na Zanzibarze, więc wszyscy chcieliby zejść trochę niżej. Zaliczamy na Kichwani Wall 42m (43m - jak ktoś dobrze wkładał rękę w dno). Co prawda nic ciekawego nie widać, no ale zawsze to czterdziestka. Podobno gdzieś w piasku kryła się ogończa, ale ja niestety jej nie widziałam. Potem płyniemy wzdłuż ściany rafy na głębokości około 11-12m, co okazuje się jeszcze ciekawsze niż w poprzednim dniu płynięcie na głębokości 15-16m. Rzeczywiście to akwarium, całe ławice ryb przemykają między nami, a mnie tylko głowa "chodzi" dookoła. W trakcie przerwy pomiędzy nurkowaniami Wiola odbywa swoje intro z Jackiem oraz filmującym to Maćkiem. Na drugie nurkowanie schodzimy na Wattabomi. Też prawie na początku przemyka rekin, potem nas jeszcze raz okrąża (a przynajmniej sądzimy, że był to ten sam okaz). Trochę później widzimy innego, leżącego na dnie. Pozwala do siebie podpłynąć na jakieś 15m, potem odpływa. Spotykamy również mureny, strzępiele oraz oczywiście żółwie. Niektóre nie bardzo się nami przejmują i po prostu sobie leżą, inne majestatycznie odpływają. Jak zwykle dive master odnajduje ośmiornicę, która bawi się z nami w chowanego. A potem już tylko powolne wynurzanie. Jacek i Maciek mają dość długi czas dekompresji, bo i głębokość była przyzwoita, nurkowania długie a przerwa powierzchniowa krótka. Chciałoby się jeszcze trochę tam "powisieć" i popatrzeć, ale niestety, co dobre szybko się kończy i musimy wracać. Jak zwykle było za mało nurków, za krótko pod wodą, zbyt szybko minęło...
27 listopada. Ostatni dzień na Zanzibarze. Większość zwiedza najbliższą okolicę, odpoczywa, robi ostatnie zakupy. Ja wybieram się na wycieczkę do Jozani National Park, parku narodowego zamieszanego przez małpy czerwone, gatunek obecny jedynie na Zanzibarze. Spotykamy całe stado, które świetnie się bawi ze sobą, nie zwracając na nas uwagi. Potem idziemy zobaczyć las mangrowy i uczymy się jak rozpoznawać różne gatunki mangrowców. Jozani to pozostałość dawnego, bujnego lasu tropikalnego, który porastał kiedyś praktycznie całą wyspę. Nasz przewodnik pokazuje nam różne gatunki drzew oraz inną roślinność tropikalną. Las jest bardzo ciekawy, lecz niestety nie jesteśmy w stanie zapamiętać wszystkiego. Potem już tylko mały wypad do Stone Town, grupa poznańska, z którą pojechałam, robi ostatnie zakupy, ja zresztą też. Okazuje się, że w niedzielę handel niezbyt dobrze idzie, więc można uzyskać bardzo dobre ceny na różne pamiątki. Niektórzy z grupy są wręcz mistrzami w targowaniu. Ja nie posiadam tak dużych zdolności w tej materii, ale i tak udaje mi się kupić całkiem fajne rzeczy.
28 listopada. O 4 rano ruszamy na lotnisko. Odprawa jest bardzo interesująca, pod chmurką. Ciekawe, co się dzieje w trakcie pory deszczowej. Na całe szczęście nikt nie zwraca uwagi na nasz nadbagaż a jest on całkiem spory. Samolot jest opóźniony, ale udaje się złapać przesiadkę w Nairobii, choć wszystko dzieje się raczej na ostatnią chwilę. Potem już tylko kilkanaście godzin lotu z przesiadką w Amsterdamie i jesteśmy w Warszawie.
Niestety, Zanzibar pozostaje już tylko wspomnieniem.
Tekst: Gosia Niedźwiedzka
Zdjęcia: Maciej Jędrzejewski
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|11-|12-|13-|14-|15-|16-|17-|18-|19-]
|
| WYPRAWA NURKOWA DO SHARM EL SHEIKH |
3-11.12.2005
Wyjazd do Sharm, gdzie temperatury są bardziej przyjazne człowiekowi, z tak ponurej i zimnej Warszawy, był prawie jak balsam dla naszych dusz. Już w pierwszych godzinach pobytu tam człowiek aż promieniał ze szczęścia, że jest tak super i za parę godzin zanurzy się w cieplutkiej wodzie.
Pierwszy dzień - rozpoznawczy - nurkujemy niedaleko, na lokalnych rafach Ras Katy i Temple. Nurkowania bardzo przyjemne i przypominające wiele potrzebnych rzeczy, które przydały nam się nieco później. Piękne koralowce, kolorowe ryby... Strzępiele, napoleony, papugoryby, skrzydlice, barakudy, mureny i inne były na porządku dziennym. Ras Nasrani oraz White Knight to kolejne lokalne rafy, które odwiedziliśmy następnego dnia. Po raz pierwszy mogliśmy docenić uroki nurkowania w dryfie - płynęliśmy i płynęliśmy, dopóki w butlach nie została rezerwa.
Kolejny dzień naszych przygód to wyprawa do parku narodowego Ras Mohammed. Na początek Shark & Yolanda reef. Zafascynowani pięknem i różnorodnością rafy oraz coraz to nowych gatunków rybek, przez chwilę zapomnieliśmy, że może nie być lekko i nagle zorientowaliśmy się, że prąd niestety nie pozwala dopłynąć do końca naszego planu nurkowego. Nie było to takie straszne, gdyż wpłynęliśmy do świata malutkiego pola korali, w jednym z których siedziała olbrzymia murena, która dała się nawet pogłaskać. Niezbyt przyjemna w dotyku, galaretowata i tak zrobiła na nas ogromne wrażenie. Wtedy właśnie pomyślałam, że do szczęścia brakuje nam tylko jakiegoś rekinka (choć ujęcia na kamerze, która przez dwa dni pływała z nami do towarzystwa, potwierdziły obecność takiego jednego małego, niestety osobiście przez cały tydzień nie udało mi się żadnego zobaczyć). Potem Jackfish Alley, podczas której przepływaliśmy przez małą jaskinię i podziwialiśmy korale stołowe o średnicy kilku metrów.
Czwarty dzień naszych nurkowych przygód w Sharm El Sheikh upłynął w pobliżu wyspy Tiran. Woodhouse Reef to kolejne nurkowanie w dryfie i mój pierwszy napoleon na żywo! Bardzo ładnie się zaprezentował, zupełnie jakby wiedział... Jackson Reef to przede wszystkim przepiękny, tętniący życiem koralowy ogród, piękno i kolejne gatunki ryb, ślimaków i korali... Byliśmy zachwyceni a jednocześnie z każdym dniem nienasyceni, codziennie chcieliśmy czegoś nowego, bardziej wymagającego od nas i od przyrody...
No i w końcu nadszedł TEN dzień - pobudka była o 3.30 egipskiego czasu i wyprawa na wrak Thistelegorm. Powiem szczerze, że nigdy tak się jeszcze nie bałam przed żadnym nurkowaniem jak tego dnia. Nawet przepiękny wschód słońca, jaki widzieliśmy płynąc po drodze, nie złagodził moich nerwów. Cały czas myślałam "przecież boisz się zamkniętych i ciemnych pomieszczeń, co cię pokusiło żeby tu przypłynąć!!!". Ostrzegłam Piotra i resztę mojej grupy, czyli Dominika, Gosię oraz "Janka", że nie bardzo się dobrze czuję w takich pomieszczeniach i będę potrzebowała wsparcia. Już w pierwszych sekundach jak wpływaliśmy do wraku dałam popis, gdyż od razu złapałam Piotra za rękę i puściłam dopiero jak ujrzałam cudne motory, niesamowicie zakonserwowane w ładowniach wraka ;-) Od tego momentu wszystko szło już gładko, aż do momentu, gdy opuściliśmy ładownie i okazało się, że do opustówki trzeba płynąć pod prąd. Ta podróż kosztowała mnie, Dominika i Janka dość dużo powietrza, tymczasem musieliśmy odbyć jeszcze dekompresję i trzeba było wisieć jeszcze przez 15 min na tej cholernej linie. Przyznaje, że to był najdłuższy kwadrans w moim życiu... Z tego nurkowania wynieśliśmy bardzo ważną naukę - podstawą bezpiecznego nurkowania jest właściwe planowanie - nie zapasowa butla, wisząca przy linie opustowej, mogło być z nami naprawdę nieciekawie.
Ostatni dzień nurkowy. Po ciężkich przejściach i moim ogromnym stresie z dnia poprzedniego, wybraliśmy się do Dahab, do Bellsów, Blue Hole i Canyonu, kolejnych super miejsc dla kogoś z klaustrofobią... Jednak pływanie w jakiś dziurach podczas tych nurkowań faktycznie było dla mnie pestką po wczorajszych doświadczeniach. Pomimo już odczuwalnego zmęczenia po tylu intensywnych dniach nurkowych cieszyliśmy się jak w pierwszym dniu, że wchodzimy do wody, każdy bowiem miał świadomość, że tego dnia nurkuje ostatni raz i do następnego takiego udanego wyjazdu trzeba będzie trochę poczekać. Tego dnia uczciliśmy cały tydzień pysznym obiadem, owocami morza oraz imprezką w hotelu, "trochę" alkoholu, "trochę" sziszy... i pokaz kręconego przez trzy dni filmu nurkowego z naszym udziałem.
W dniu wyjazdu, ponieważ wylot był dopiero o północy, postanowiliśmy zorganizować sobie małą frajdę i zobaczyć trochę pustyni. Wypożyczyliśmy quady i przez trzy godziny jak dzieci bawiliśmy się na piachu, trochę się ścigając, oczywiście w miarę możliwości, bo niestety zbytnio nam nie pozwalano. Po powrocie z pustyni, delikatnie... brudni mogliśmy już cieszyć się urokami naszego basenu i ostatnimi promykami słońca.
Cudna wyprawa, wspaniali ludzie, jak zwykle idealna organizacja i pomoc w trudnych momentach. Takie wyprawy udowadniają że człowiek uczy się całe życie, całe życie je poznaje i... nie może się doczekać kolejnej wyprawy.
Monika Ołdakowska
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|11-|12-|13-|14-|15-|16-|17-|18-|19-|20-|21-|23-|24-|25-|26-|27-| 28-|29-|30-|31-|32-|33-|34-|35-|36-|37-|38-|39-|40-|41-|42-|43-|44-|45-|46-]
|
| RYBAKI - KURSY SS1, PN1 I NURKOWANIA TURYSTYCZNE |
10-13.11.2005
Nurkowanie, oprócz wielu swoich zalet, ma także i tę, że uwalnia swoich pasjonatów od dylematu, w jaki sposób zagospodarować każdy z kolejnych "długich weekendów". Rzesza przybyłych w dn.10-13.11 do Rybaków nurków potwierdza tę tezę. Już od czwartku wieczorem zjeżdżali się spragnieni kontaktu z wodą i z całą bracią nurkową. Ci, którym obowiązki na to nie pozwoliły, dojechali dnia następnego.
Już z samego rana w piątek część ekipy wyruszyła nad jezioro Narty. Pozostała w bazie reszta odbywała nurkowania w jeziorze Łańskim, które choć zimne i ciemne, było źródłem radości z samej tylko możliwości zanurzenia - wszak dla niektórych z nas miały to być ostatnie w tym roku. Wielkim dobrodziejstwem - szczególnie dla "piankowców" była jak zwykle sauna. Popołudnie to już pełny skład przybyłych, kłębiący się przed i w hangarze. Jedni wchodzą do wody, inni wychodzą, jeszcze inni dopiero montują sprzęt - jak w wielkim mrowisku, gdzie każdy wie, co ma robić. Spokojne nurkowania, które ze względu na szybko zapadający zmrok właściwie należałoby zaliczyć do nocnych, były jak zwykle źródłem relaksu, któremu dodatkowo sprzyjał wieczór, podczas którego obejrzeliśmy piękny film z wyprawy do Egiptu. Oj, rozmarzyli się wszyscy, patrząc na cudowne podwodne widoki m. in. z Blue Hole. Mimo to, nie zabrakło chętnych na "nocne" w Łańskim.
W sobotę grupa podzieliła się na zwykłych "turystów" i "tych, co chcą więcej", czyli uczestników kursów specjalistycznych SS1 i PN1. Garstka "twardzieli" pojechała nad Leleskie. Popołudnie i wieczór to właściwie powtórka scenariusza z piątku, z wyjątkiem kursantów, którzy po wykładach zaliczali jeszcze egzamin z "nitroksu".
Niedziela przywitała nas trochę lepszą pogoda niż w dniach poprzednich. Poranne nurkowania cieszyły się większym powodzeniem, bo dla większości po południu był czas, żeby już wracać do domów, chociaż byli i tacy maksymaliści, którzy wykorzystali niedzielę w pełni, nurkując także po obiedzie.
Właściwie weekend ten dla większości stanowił zakończenie sezonu nurkowań w Polsce. Woda, relaks i dobre towarzystwo to właśnie to, co doskonale pomaga walczyć z jesienno-zimową chandrą. Pozostaje nam trzymać się tego i po zamknięciu starego - 2005 - sezonu jak najszybciej zaplanować otwarcie nowego.
Ania Goll
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|11-|12-|13-|14-|15-|16-|17-|18-|19-|20-]
|
| KURS NA RATOWNIKA PIERWSZEJ POMOCY TLENOWEJ DAN II |
W terminie 24-26.10.2005 po raz kolejny CN Nowa AMA zorganizowało kurs na Ratownika Pierwszej Pomocy Tlenowej DAN. Już pierwszego dnia dowiedzieliśmy się o wpływie tlenu na organizm w stanach zagrożenia życia i ugruntowaliśmy wiedzę z zakresu pierwszej pomocy w wypadkach nurkowych. Wykorzystując fantoma wszyscy doskonalili technikę pośredniego masażu serca i sztucznego oddychania. Drugi dzień miał pokazać na ile wiedza teoretyczna da wymierne skutki w praktyce. Z tym bywało różnie. To, co w teorii wydaje się łatwe w sytuacjach prawie rzeczywistych wygląda zupełnie inaczej. Tu liczy się szybka i prawidłowa ocena, nie ma czasu na wertowanie książki. Tylko ćwiczenia praktyczne pomogą być bardziej skutecznym. Nasza świadomość nurkowa rośnie z każdym kolejnym kursem, każdym nurkowaniem i coraz niżej chylę czoło przed naszymi instruktorami. Ich wiedza jest ogromna. Dobrze nurkować w takim towarzystwie.
Agata Wawryniuk-Kozłowska
|
| KURS NA RATOWNIKA PIERWSZEJ POMOCY TLENOWEJ DAN I |
17 - 19.10.2005
"Zestaw tlenowy jest w samochodzie". To zdanie, które każdorazowo słyszałam przed nurkowaniem, z jednej strony dawało poczucie bezpieczeństwa, że gdyby coś to... Z drugiej jednak strony wywoływało poczucie niepewności. Jest w samochodzie i co z tego? Tak naprawdę niewiele pamiętam z kursu P1, podczas którego uczyłam się zasad montażu i korzystania z zestawu. A co będzie, gdy naprawdę zajdzie konieczność szybkiego i sprawnego zareagowania w sytuacji niebezpiecznej dla zdrowia i życia nurka? Czy rzeczywiście będę w stanie pomóc? Szczerze mówiąc właśnie ta obawa skłoniła mnie do udziału w kursie na Ratownika tlenowego DAN.
Na trwający 2 długie wieczory kurs składały się zajęcia teoretyczne, podczas których omawialiśmy zagadnienia chorób nurkowych, rozpoznawania ich objawów a także nieocenionego, dobroczynnego wpływu tlenu na organizm nurka, u którego zachodzi podejrzenie wystąpienia "problemu dekompresyjnego". Część praktyczna to zarówno montowanie zestawu tlenowego jak i przede wszystkim konkretne, odgrywane przez nas sytuacje w różnych konfiguracjach trudności.
Czworo uczestników kursu miało okazję przećwiczyć sytuacje udzielania pierwszej pomocy i podawania tlenu nurkowi przytomnemu, nieprzytomnemu oraz obydwóm jednocześnie. Bardzo istotne okazały się także umiejętności perswazji, negocjacji i szybkiego reagowania. Okazało się bowiem, że jednym z trudniejszych elementów jest moment wzięcia na siebie odpowiedzialności za poprowadzenie akcji ratowniczej i umiejętność opanowania pojawiającego się w takiej sytuacji chaosu.
Wielokrotne powtarzanie kolejnych etapów udzielania pierwszej pomocy spowodowało, że każda następna sytuacja, którą ćwiczyliśmy, przebiegała sprawniej, dając coraz większą wprawę i poczucie pewności, ze nareszcie wiemy co robić i jak się zachować w sytuacji zagrożenia.
Podsumowaniem zdobytej na kursie wiedzy był egzamin pisemny, który zdaliśmy wszyscy. Jasność umysłów o późnej porze zawdzięczaliśmy kilku wdechom tlenu, które zaczerpnęliśmy podczas ćwiczeń praktycznych 
Na zakończenie szkolenia nastąpiło wręczenie licencji. Ratownik Tlenowy DAN to brzmi dumnie, ale przecież nie o dumę tu chodzi, ale o umiejętność ratowania zdrowia i życia nurkujących, którą wszyscy zgodnie postanowiliśmy doskonalić podczas następnych zajęć i kursów.
Ania Goll
|
| SAFARI NURKOWE NA BROTHER ISLANDS I ELPHINSTONE |
06.10 - 14.10.2005
I wylecieliśmy na spotkanie z Egiptem. Już w samolocie widać podniecenie tych, co to pierwszy raz i nawet przez lekkie zblazowanie egipskich wyjadaczy daje się wyczuć emocje - w końcu Brother Islands owiane są legendą jako jedno z najpiękniejszych i najtrudniejszych miejsc nurkowych. Dzień w Hurghadzie, ostatnie zakupy niezbędne na łodzi, odizolowanej przez tydzień od świata.
Jesteśmy w Marsa Galeb. Zaczyna się po egipsku: komendant policji pokłócił się z kapitanem portu i wszystkie łodzie czekają nie mogąc opuścić "urokliwego zadupia". Wreszcie udało się, teraz byle do najbliższego miejsca nurkowego, byle zanurzyć się i będzie dobrze...
Najpierw Shaab Marsa Alam i Shaab Marsa Nabab. Zamierające koralowce tworzą niezwykły marsjański krajobraz. Na życzenie żądnych większej ilości akwariowego życia, dynamicznie zmieniamy miejsce i płyniemy na Elphinstone. A szkoda: w ostatnim nurku Kasia z Markiem znaleźli niezwykły i tajemniczy labirynt korytarzy, grot i zakamarków wewnątrz rafy (jeszcze tam wrócimy).
Elphinstone wita nas cudnie. Już nikt nie może marudzić: prąd minimalny i masa, masa życia, nie wiadomo gdzie zwrócić oczy, do szczęścia brak tylko rekinów... na razie.
W nocy bardzo bujający rejs na Brother Islands. Wszyscy wyczerpani ciężkim rejsem, niektórzy narzekają, ale Mały Brat wynagradza nam wszystkie niedogodności. Znaleźliśmy się w podwodnym raju: barakudy, fistulki, mureny, papugoryby, napoleony, nadymki, strzępiele, tuńczyki (swoją drogą jak tak ogromna ryba mieści się w tak maleńkiej puszce...) i tysiące kolorowych ryb, które nie mają nawet polskich nazw. I pojawiają się rekiny: najpierw cienie w toni, potem stadka żerujące przy rafie (niektórzy widzieli nawet młota), a potem były już zawsze i wszędzie. Wychodzimy z wody - pływa koło nas rekin, wskakujemy do morza - a one już tam na nas czekają...
Płyniemy do Wielkiego Brata, tam odpoczniemy trochę od nadmiaru życia, tam atrakcją mają być dwa wraki. Część ekipy nurkuje technicznie z butlami bocznymi i eksploruje wraki leżące jeden na 10-70m, drugi na 30m. Ci "mniej techniczni" też nie są pokrzywdzeni: oglądają je dzięki doskonałej przejrzystości z góry a jedna ekipa widzi nawet mantę. Wciągu dnia "zwiedzanie" wyspy, podziwianie "widoków" z latarni morskiej, herbatka i szisza u latarnika. Niektórzy nabywają nawet okolicznościowe koszulki (jedyne 10 Euro). Potem nurkujemy i znowu rekiny. Czy one się uwzięły?!!! Dwa nurkowania, trzy to rozumiem, ale wciąż i coraz bliżej!!! Nocne to już rekinowa orgia, policja każe natychmiast przerwać nurkowania. Zresztą nie trzeba nakazów, gdy dwumetrowy rekin chce z bliska zapoznać się z naszym światłem, to już nieważny jest przystanek bezpieczeństwa. Za to wieczorem w zodiakach karmimy rekiny naszą kolacją. Są tak blisko, że możemy głaskać je i chwytać za płetwę grzbietową.
Uciekamy z powrotem na Elphinstone. Zaczynamy nurkowanie skacząc z łodzi, sprawdzam gdzie moi partnerzy i co widzę??? Zamiast Ewy, metr ode mnie wrednie uśmiechnięty dwumetrowy rekin. Ja już nie chcę rekinów!!! A może by tak szprotki? (aha, to nie tutaj) Na szczęście można zanurkować głębiej, a tam na 50 metrach, w podwodnej grocie, czeka na nas zapomniany przez świat sarkofag (no dobra, to tylko blok skalny, ale trochę romantyzmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło).
Shark Safari kończy się po 17 nurkowaniach, wszyscy zmęczeni, ale nie na tyle by nie zrobić pożegnalnej imprezy przy sziszach i alkoholu, który cierpliwie czekał od bezcłówki w Warszawie. Egipska muzyka, tańce i pigwówka Czesia zakończyły ten cudowny tydzień, którego nie popsuły dziwne zachowania pewnej Nutrii (my już wiemy, o co chodzi, ale nie mówmy o tym, bo nawet w raju diabeł czasem zamiesza).
Ania Kalbarczyk
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|11-|12-|13-|14-|15-|16-|17-|18-|19-|20-|21-|22-|23-|24-|25-| 26-|27-|28-|29-|30-|31-|32-|33-|34-|35-|36-|37-|38-|39-|40-|41-|42-|43-|44-]
|
| HEL - KURS WM1 |
30.09 - 2.10.2005
Apetyt rośnie w miarę jedzenia i tak też jest z nurkowaniem. Po eksploracji jezior przyszedł czas na nasze morze i wraki. Stąd też szkolenie wrakowo-morskie organizowane 1-2 października przez CN NOWA AMA cieszyło się tak dużym zainteresowaniem. Do późnych godzin nocnych ściągali kursanci żądni podwodnych przygód. A naprawdę warto było. Pierwszy dzień spędziliśmy na wodach Zatoki Puckiej. Pogoda nam sprzyjała, a lekkie falowanie tylko dodawało uroku (jeśli w porę zastosowało się odpowiednie medykamenty). Przygodę rozpoczęliśmy od wraku ORP Groźny. Krótki odpoczynek na niezastąpionej Hestii i znów pod wodę. Tym razem naszym celem był wrak drewnianego trałowca Delfin. Poświęciliśmy mu szczególnie dużo uwagi, zwłaszcza że naszym zadaniem był jak najdokładniejszy opis wraka. Wraka statku bliźniaczo podobnego do Callypso J.Cousteau. Wieczorem teoria a rano znowu w morze. Ten dzień spędziliśmy na "tkaniu pajęczej sieci" czyli ćwiczeniach z poręczowania. Ze względu na silny wiatr w zatoce te zajęcia odbyły się na pełnym morzu. Tam widoczność wzrosła, natomiast temperatura wody wręcz przeciwnie, co odczuli zwłaszcza kursanci w piankach. Ostatnie ćwiczenia na kursie to wycinanie z sieci i strzelanie bojek. I tu można było się popisać niezwykłą fantazją co do wyboru narzędzi tnących. Uwieńczeniem naszych starań było otrzymanie uprawnień WM1 ale to dopiero początek nowej przygody.
PS: Serdeczne podziękowania dla kadry instruktorskiej, z Wami nurkowanie to prawdziwa przyjemność.
Agata Kozłowska
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|11-]
|
| JEZIORO BIAŁE |
24 - 25.09.05
NARESZCIE!!!
Po bardzo długiej, przeszło 6 tygodniowej przerwie, nadeszła wreszcie sobota 24 września 2005, która (chyba w nagrodę za długie i tęskne oczekiwanie) przywitała nas słońcem i czystym błękitem nieba. Zapowiadała się wspaniała przygoda, tym bardziej, że był to nasz pierwszy wyjazd nad jezioro Białe koło Gostynina. W dobrych humorach, spakowani, z planem wyjazdu w rękach wyruszyliśmy w drogę. Na szczęście z dotarciem na miejsce nie było żadnych problemów - głównie dzięki dokładnemu opisowi trasy dostarczonemu przez Nową Amę, więc 120 km minęło prawie niezauważalnie. Na miejsce zbiórki dotarliśmy w momencie formowania kolumny, która niemal za chwilę wyruszyła nad jezioro. Miejsce okazało się bardzo urokliwe. Nie spodziewaliśmy się, że w tak niewielkiej odległości od Warszawy dotrzemy do dużego zbiornika czystej wody z piaszczystą plażą i pomostem, na który natychmiast pobiegliśmy, żeby obejrzeć okolicę. Tymczasem nad brzegiem powstawała "mała baza nurkowa", wyłaniająca się ze znanego wszystkim zielonego "nurkowozu" marki Nowa Ama wypełnionego sprzętem. Organizatorzy uwijali się pracowicie przy starannie pogrupowanym i poukładanym sprzęcie, wydając uczestnikom brakujące elementy wyposażenia. Było nam niezwykle miło brać udział w tej porannej krzątaninie, przypominającej jakże udane wakacje w Rybakach. To jest to - jedna serdeczna, nurkowa rodzina! Wszystko sprawdzone, sprawne, zmontowane, więc przyszedł czas na odprawę. Kierownik nurkowania oznajmił podział na grupy, przydzielił przewodników i określił czas oraz kolejność wejścia do wody. Później omówienie planu nurkowania z przewodnikiem... niby wszystko standardowo, ale każda chwila wywoływała delikatny dreszczyk emocji, bo przybliżała nas do nowej przygody, do odkrywania nowego, nieznanego świata!
Wreszcie woda, kontrola sprzętu i zanurzenie. Widoczność około 6 metrów - będzie co oglądać!
I było, kto nie przyjechał niech żałuje! W przenikających przez toń promieniach słońca mieniły się ławice młodych okoni, oślepiając czasem przybyszów odbitym od łusek blaskiem. Nie sposób zliczyć niewielkich rybek, ale miałem wrażenie, że były ich nie setki a tysiące. Wpływaliśmy w środek ławicy, a okonki po prostu robiły nam miejsce - nie uciekały, poruszały się dość leniwie, jakby niechętnie. Przemieszczając się powoli w strefie litoralu, obserwowaliśmy po drodze zakopujące się w piasek raki, leżące bezwładnie na dnie białe muszle małży oraz przemykające zwinnie większe okazy płoci i okoni. W końcu osiągnęliśmy cel pierwszego nurkowania - zwalone do wody drzewo. Konary pozbawione liści i drobnych gałązek, sterczały w toni wzbudzając respekt i podziw. Całkowicie porastały je glony i kolonie małych muszelek. Pod spodem - tuż przy dnie miały swoje schronienie dość duże płocie. Niestety, tym razem nie udało się nam spostrzec żadnego drapieżnika, choć atmosfera tego miejsca, półmrok przy dnie i wypełniające przestrzeń zatopione gałęzie tworzyły klimat polowania na "grubego zwierza". Niestety, okazało się, że był także jeden minus - pozostała ilość powietrza w butli zmusiła nas do udania się w drogę powrotną.
Wychodząc na brzeg poczuliśmy wspaniały zapach pieczonych na grilu kiełbasek. Wyglądało na to, że czekały nas dzisiaj wyłącznie same atrakcje. Pozostałe grupy także już pozbywały się skafandrów i wkrótce wszyscy przystąpili do kosztowania rumieniących się przysmaków, które po podwodnej wyprawie smakowały wyśmienicie. Utworzyło się kilka grupek, które relacjonując sobie nawzajem zapamiętane ciekawostki i doznane wrażenia co chwila zaśmiewały się z jakichś zabawnych sytuacji. Słońce nadal nie zawodziło - ciepełko, cisza, spokój, miła atmosfera - po prostu "Złota Polska Jesień" w pełnej krasie. I do tego jeszcze jedno nurkowanie! I znów w skupieniu, o wyznaczonym czasie i w uzgodnionej kolejności oddaliśmy się naszej nowej pasji. Popłynęliśmy w inną część jeziora spotykając ponownie bardzo dużą ławicę drobnych, mieniących się w promieniach słońca okoni. Mieliśmy wrażenie, że one nas eskortują. Ciekawe, ile z nich przetrwa zimę i jakie spustoszenie poczynią w jeziorze zaspakajając wiosenny głód? A gdzie schowali się ich więksi krewni? A gdzie podwodne wilki - szczupaki? Tak myśląc cieszyliśmy się pięknem podwodnych łąk i lasów oraz wszystkich obserwowanych "żyjątek". W pewnym momencie, w oddali zaczął wyłaniać się jakiś dziwny kształt - kanciasta bryła jakby zastygła w fazie spadania. Zaciekawienie rosło w miarę zbliżania się do obiektu. Czyżby jakiś wrak? Pewnie że wrak - tyle że... samochodu marki Polonez. Opłynęliśmy pojazd kilka razy zaglądając pod maskę i do wnętrza kabiny. Gdyby nie leżał na boku pewnie udałoby się zasiąść za kierownicą! Nam się to nie udało, ale rybkom i owszem. Wewnątrz znalazły "mieszkanie" płocie i okonie. To, że samochód w całości pokryty był glonami i koloniami muszli zadziwiło nas dopiero po wyjściu na brzeg, kiedy dowiedzieliśmy się, że pojazd został zatopiony na zimą zeszłego roku! Sprawność przyrody jest zdumiewająca - minęło zaledwie półtora roku a ja nie wiem, jakiego koloru był mój pierwszy podwodny wrak?
Wracaliśmy do domu w doskonałych nastrojach po bardzo udanym dniu. Jeszcze raz wspominaliśmy wszystkie zdarzenia, rady i pomoc bardziej doświadczonych kolegów, smak pieczonych kiełbasek i radość z piękna podwodnego świata. Już teraz cieszymy się na myśl o kolejnych wyprawach, które przy takiej organizacji po prostu muszą być udane. Dziękujemy serdecznie Piotrowi, Leszkowi, Tomkowi i Michałowi oraz wszystkim uczestnikom wyprawy nad Białe za wspaniałą przygodę w tę piękną wrześniową, wspólnie spędzoną sobotę. Do zobaczenia wkrótce.
Ewa i Sławek Krzycholik
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|11-]
|
| WYPRAWA NAD ALPEJSKIE JEZIORA |
10-18.09.2005
Sobota, 10 września. Nareszcie długo wyczekiwany urlop stał się faktem. Ciekawi nowych wrażeń i spragnieni odpoczynku psychicznego wyruszyliśmy w podróż. Czekało nas 20 godzin jazdy autokarem ale, jak się okazało, w dobrym towarzystwie czas upłynął szybko. Do celu podróży - uroczego miasteczka Weyregg położonego 60 km od Salzburga - dojechaliśmy w niedzielę po południu. Choć czuliśmy się wymięci i zdrętwiali od przedziwnych pozycji przyjmowanych w czasie snu w autokarze, to jednak nie pozostaliśmy obojętni na urodę otaczającej nas okolicy. Trudy podróży wynagrodziły nam widoki, które podziwialiśmy już w czasie jazdy. Kiedy jednak zobaczyliśmy nasz pensjonat, malowniczo położony nad jeziorem Attersee, zachwytom nie było końca. Popołudnie i wieczór upłynęły na odpoczynku, spacerach i podziwianiu wspaniałych widoków, które roztaczały się z naszych balkonów. Wszyscy jednak niecierpliwie czekali na dzień następny i pierwsze nurkowania.
W poniedziałek rozpoczęliśmy podziwianie podwodnej Austrii od jez. Attersee. Mimo, że pogoda nam nie sprzyjała, bez wahania pakowaliśmy się w pianki (o kolegach w sucharach nie wspomnę bo im zawsze jest ciepło) i kolejno znikaliśmy pod powierzchnią wody. Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom przejrzystość wody nie była powalająca. Odnaleźliśmy jednak wannę i zatopione łodzie, mieliśmy także okazję spojrzeć w oczy szmacianemu pajacykowi. W porównaniu ze zdjęciami z zeszłego roku, wyglądał teraz znacznie bardziej blado, ale i tak cieszył się dużym zainteresowaniem. Kolejne 2 dni to po 2 nurkowania w Wolfgangsee i ponownie Attersee. Pięknie położone w otoczeniu gór robiły wrażenie zarówno nad jak i pod wodą. Pionowe ścianki, głazy , przepaście i cisza, zakłócana jedynie odgłosem wypuszczanych bąbli przyprawiały o dreszczyk emocji podczas nurkowania w Wolfgangsee. Podwodny las miał być natomiast atrakcją ponownego nurkowania w Attersee. Nie mogę niestety nic na ten temat napisać bo do lasu moja grupa nie dopłynęła z powodu kłopotów z płetwą jednej z uczestniczek. Szkoda. Podobno jednak zawsze trzeba zostawić sobie coś na później, żeby jeszcze było po co wrócić.
Po podwodnych wrażeniach przyszedł czas na relaks. W środę wieczorem zebraliśmy się wokół dość specyficznego ognia, który jednak trudno było nazwać ogniskiem. No bo jakże mówić o ognisku widząc płomienie wydostające się z dużej miednicy. No cóż - przepisy i porządek dla Austriaków rzecz święta. Z szacunku dla gospodarzy naszego pensjonatu karnie podporządkowaliśmy się obowiązującym regułom. Tej nocy jednak cisza nocna nie miała racji bytu. Nasze śpiewy ucichły dopiero nad ranem, gdy nawet najwytrwalsi opadli z sił. Do historii piosenki ogniskowej przejdzie zespołowe wykonanie przedwojennego szlagieru "Miłość Ci wszystko wybaczy".
Nazajutrz jedynym planem była regeneracja sił przed nurkowaniami czekającymi nas w następnych dniach. Dzień upłynął w sielskiej atmosferze, która nasuwała mi skojarzenie z koloniami szkolnymi. Jedni odsypiali, inni grali w ping-ponga, frisby, badmintona, jeszcze inni po prostu przyglądali się i zabawiali towarzystwo rozmową. Po południu część grupy wybrała się autokarem na wycieczkę do miasteczka Bad Ischl. Pogoda o dziwo dopisała i korzystając ze słońca mogliśmy pospacerować promenadą wzdłuż rzeki Traun oraz pięknymi uliczkami Starówki, aby zasiąść w końcu w kawiarni przy głównym deptaku na filiżankę kawy czy kufelek piwa. Zrelaksowani po całym dniu mogliśmy przystąpić wieczorem do codziennie rozgrywanych w podgrupach gier towarzyskich. Największym powodzeniem cieszyły się kości, choć wiem, ze byli także amatorzy kart.
W piątek udaliśmy się nad rzekę Traun. Piękny poranek był tylko wstępem do dalszych wspaniałych przeżyć. Widok przejrzystej wody i mnóstwa wielkich ryb dawał nadzieję na niezwykłe nurkowania. Tak rzeczywiście było: promienie słoneczne, przedzierając się przez zwalone konary i gałęzie, tworzyły wspaniałe świetlne widowisko. Głębiej małe jaskinie i nisze wśród skał kusiły półmrokiem, zachęcając do wpłynięcia, co oczywiście, najczęściej w szyku "gęsiego", czyniliśmy. Niewątpliwą atrakcją był napotkany szczupak olbrzym, który z zainteresowaniem przyglądał się grupie dziwacznych stworzeń, podążających za nim. Amatorzy znalezisk archeologicznych nie wyszli z wody z pustymi rękami. Nie ma jednak pewności, czy skarb Edyty to fragment wazy, którą austriacka gospodyni domowa stawiała kiedyś na niedzielnym stole czy też może kawałek porcelanowego naczynia o zgoła innym przeznaczeniu...
Ostatni dzień nurkowy to najtrudniejsze z fizjologicznego punktu widzenia zanurzenia. Położone na wysokości 1000 m npm Gosausee przywitało nas permanentnym deszczem i temperaturą 12 stopni Celsjusza. Zimno było, oj zimno. Z tego względu nurkowania nastąpiły szybko jedno po drugim, bez zdejmowania skafandrów w przerwie. Warto było jednak trochę zmarznąć, żeby zobaczyć wielkie wrota, którymi na zimę spuszczana jest woda ze zbiornika. Ogromne wrażenie sprawiły także gigantyczne głazy rozrzucone na dnie, które przywiodły na myśl skojarzenia z krajobrazem księżycowym. Po nurkowaniach udaliśmy się do pobliskiej restauracji, gdzie z radością raczyliśmy się grzanym winem.
Wieczorem jeszcze tylko pakowanie i sprzątanie naszych mieszkanek i w środku nocy wyjazd do Polski. Ze smutkiem opuszczaliśmy uroczy pensjonat Blick Am See i Austrię. Oprócz wspomnień wspólnie spędzonych chwil wywoziliśmy także podziw dla porządku i czystości Austriaków oraz nawyk sortowania śmieci. Kto wie, może za rok też nam się przyda?
Ania Goll
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|
-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|-11-|12-|13-|14-]
|
| CHOSZCZÓWKA - WYCIECZKA ROWEROWA |
3 września 2005
Spontanicznie rzucony w Rybakach pomysł wycieczki rowerowej dla nurków znalazł swój finał 3 września w podwarszawskiej Choszczówce. Położony w lesie Bar "Dziki" był punktem zbornym i jednocześnie miejscem docelowym przejażdżki.
Ok. 11.30 13-osobowa grupa rowerzystów wyruszyła zaplanowaną przez Maćka Szeniawskiego trasą, która wiodła początkowo leśną drogą. W trakcie jazdy był czas, żeby nie tylko podziwiać przyrodę, ale także porozmawiać. Oczywiście wśród poruszanych tematów nie mogło zabraknąć kwestii związanych z nurkowaniem. Niektórzy z uczestników tego etapu mieli okazję organoleptycznie sprawdzić twardość ściółki. Na szczęście była miękka. 
Dróżka zaprowadziła nas przez Legionowo na trasę techniczną dla wodociągu północnego. Brzmi poważnie, ale nie było to nic innego jak wyasfaltowana droga wśród łąk. Po przekroczeniu drogi Legionowo-Zabrze i przeniosce rowerów przez tory kolejowe w Wieliszewie, dojechaliśmy do bram wodociągu północnego. Tu został zarządzony krótki postój a po zregenerowaniu sił grupa ruszyła w dalszą drogę w kierunku wału, który z kolei zaprowadził nas do zapory wodnej na Zalewie Zegrzyńskim. Po dokonaniu oględzin obydwu jej stron zawróciliśmy z powrotem na wał. Przejeżdżając wśród zabudowań w Zegrzu ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że jedziemy przez Rybaki! Niestety żadnej bazy nurkowej nie odnaleźliśmy. Trafiliśmy za to do małej knajpki nad brzegiem zalewu, gdzie mogliśmy uzupełnić braki płynów i dostarczyć wyczerpanemu organizmowi energii na pozostałą część trasy. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że na końcu trasy czeka nas niespodzianka, która będzie wymagała trochę wysiłku. Przez Nieporęt a następnie żółtym szlakiem dojechaliśmy do miejsca, gdzie czekała na nas wspomniana niespodzianka: wielka góra piachu, która po 40 przejechanych kilometrach wydawała się niemal ośmiotysięcznikiem. Stosując indywidualne metody wspinaczki wszyscy uczestnicy wtargali swoje rowery na szczyt.
Zbliżająca się godzina ponownego spotkania w "Dzikim" spowodowała zwiększenie tempa jazdy. O 16.30 dojechaliśmy do celu, gdzie na wszystkich czekała nagroda za trudy. Po 45 km jazdy palące się ognisko, kiełbaski oraz sałatki były najmilszym z widoków. W tzw. międzyczasie dołączyli do nas Ci, którzy z różnych względów na wycieczkę rowerową się nie wybrali, ale mieli chęć na integracyjno-towarzystkie spotkanie. Wieczór upłynął na pieczeniu kiełbasek i rozmowach. Zapadający zmierzch był sygnałem do zakończenia imprezy, szczególnie dla tych, którzy drogę powrotną do domu mieli przemierzyć na rowerze.
Powracaliśmy do domów z poczuciem mile spędzonej soboty i z postanowieniem, że spotkanie tego typu jest pierwszym, ale na pewno nie ostatnim. Pomysły, które zrodziły się w trakcie wycieczki dają nadzieję, ze będziemy wspólnie spędzać czas nie tylko pod wodą.
PS. Gratulacje dla wszystkich uczestników wycieczki, Szczególnie dla tych, którzy mimo wcześniejszych obaw co do własnych możliwości, choć zmęczeni, dojechali do celu.
Ania Goll
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|11-|12-]
|
| HEL - WYPRAWA NA GŁĘBOKIE WRAKI |
26 - 28.08.2005
Przygody bywają różne: małe i duże, fajne i mniej fajne. Tym razem trafiła nam się mega-przygoda, taka, którą długo jeszcze będziemy z przyjemnością wspominać. W ostatni wakacyjny weekend, w dniach 26-28 września, CN Nowa Ama zorganizowała wyprawę poświęconą eksploracji bałtyckich wraków. Mimo że charakter wyprawy wymagał sporych umiejętności, doświadczenia i odpowiednich uprawnień, na chętnych nie trzeba było długo czekać.
I tak oto, w pogodny, choć wietrzny, sierpniowy poranek wnieśliśmy sprzęt na pokład niezawodnej Hestii i... rozpoczęliśmy walkę z portową biurokrację (na przebieg tego wydarzenia spuśćmy zasłonę miłosierdzia - chętni mogą zapytać o szczegóły Radara). Koniec końców jednak udało się nam wyjść z portu. Co prawda silny wiatr i związane z nim falowanie zmusiły nas do dynamicznej zmiany planu - pierwszego dnia postanowiliśmy pozostać w zatoce.
Po pokonaniu przeszkód rozpoczęliśmy nurkowania. Oglądane tego dnia Ścigacz i Trałowiec dostarczyły niezapomnianych wrażeń. Podniecenie mieszało się z ciekawością i ekscytacją. Skryte w mroku, ukryte za kurtyną sieci, obrośnięte, ukazywały się nam kolejne fragmenty, tworząc niepowtarzalny, tajemniczy nastrój. Nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że migocące w oddali światełka to duchy załogi.
Przepełniony emocjami umysł bronił się przed przyziemnym tłumaczeniem, że to tylko latarki innego zespołu nurków.
Drugiego dnia wiatr ucichł na tyle, że postanowiliśmy wypłynąć na pełne morze, gdzie zaplanowaliśmy dwa nurkowania. I tym razem emocji było co niemiara. Leżąca na boku Pogłębiarka wyglądała jak spoczywający na dnie, ogromny szkielet jakiegoś nieznanego, przedpotopowego monstrum. Budziła jednocześnie strach i ciekawość. Nieco rozczarował nas tylko brak dorszy - ryby, z których słynie ten wrak znikły; nie udało nam się spotkać ani jednej. Nie uciekła na szczęście kotwica - niewątpliwie najciekawszy element Tankowca, który oglądaliśmy podczas drugiego niedzielnego nurkowania. Już tylko dla jej widoku warto było zanurzyć się w tym miejscu, a przecież reszta wraku też godna była obejrzenia.
Opis wyprawy nie byłby pełny, gdyby ograniczyć się tylko do tego co się działo pod wodą. Wyprawa na Bałtyk to także leniuchowanie w przerwie między nurkowaniami: wygrzewanie się w słońcu na pokładzie, króciutka drzemka na dziobie i rozmowy z załogą. Jak zawsze uśmiechnięty Jurek Lissowski, cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania: piszącej te słowa blondynce objaśniał działanie urządzeń pokładowych, mniej obeznanym z morzem tłumaczył różnicę między trawlerem a trałowcem, a w wolnych chwilach opowiadał ciekawe historie o swoich przygodach. Załoga Hestii zadbała także o bardziej przyziemne przyjemności: dawno już nic mi tak nie smakowało, jak serwowana przez Mirka herbata. Jeszcze raz dziękujemy!
Agnieszka Chodkowska- Gyurics
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|11-|-12-|-13-|-14-|-15-|-16-|-17-|-18-|-19-|-20-|-21-|-22-|-23-|-24-|-25-|-26-|-27-|-28-|-29-]
|
| RYBAKI, LATO 2005 |
| Nurkowania turystyczne i stażowe |
Lato 2005
W czasie tegorocznego sezonu letniego, podobnie jak w latach poprzednich, bazę CN Nowa AMA w Rybakach nad jeziorem Łańskim odwiedziło kilkuset nurków, chcących podnieść swoje umiejętności, wziąć udział w szkoleniach specjalistycznych lub po prostu ponurkować. Bardzo wielu z naszych tegorocznych gości odwiedziło nas po raz pierwszy i niezwykle miło było nam, kiedy wracali, nierzadko w każdy następny weekend.
Od kilku już lat zauważamy systematyczne poprawianie się widoczności w jeziorze Łańskim, co niezwykle nas cieszy. Również w tym roku jezioro nas nie zawiodło - po początkowym, bardzo obfitym i dość długim (dwa tygodnie...) zakwicie, już do końca wakacji widoczność nie spadała poniżej trzech metrów, często dochodząc nawet do pięciu!
Nie zawiodły również ryby, zarówno te małe (głównie płocie i okonie), pływające w toni ogromnymi ławicami, jak i duże (okonie, węgorze, liny i szczupaki), zamieszkujące litoral i nasze platformy treningowe. Szczególne wrażenie robiły okonie-giganty, dochodzące nawet do pół metra długości! Przejrzysta woda i bogactwo ryb sprawiły, że bardzo dużym zainteresowaniem cieszyły się nurkowania nocne, zwłaszcza te na podwodnej wyspie, których dodatkową atrakcją było to, że odbywają się z łodzi - dla niektórych była to pierwsza w życiu okazja, by wskoczyć do wody "na komandosa".
Jak co roku ogromnym zainteresowaniem cieszyły się nurkowania głębokie z cypla, których głównym celem było odwiedzenie zabytkowej dłubanki. W te wakacje większość z nich nie wiązała się z koniecznością odbycia spaceru przez las, dzięki uprzejmości i sprawnej organizacji Stasia - "szefa hangaru".
Niezwykle cieszyło nas, że większość odwiedzających nas nurków przyjeżdżała głównie po to, żeby podnosić swoje umiejętności i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć
Bardzo popularne były zajęcia z bojką dekompresyjną, rozwiązywanie najróżniejszych scenariuszy sytuacji awaryjnych i oczywiście ćwiczenia z kompasem. Zaskoczyła nas również (bardzo pozytywnie) bardzo duża liczba chętnych do odbycia kursu nitroksowego.
Dodatkową atrakcją tegorocznego lata były odwiedziny stalowego monstrum - wozu bojowego BRDM. Nasze przejażdżki po ośrodku Rybaki wzbudzały popłoch wśród ochrony, znalazła się również grupka odważnych chętnych, którzy mimo obaw, czy "to coś" utrzyma się na wodzie, zdecydowali się na rundkę po jeziorze. Trzeba przyznać, że "to coś" pływało całkiem dzielnie 
Tradycyjnie już zakończyliśmy sezon wielkim ogniskiem i profesjonalnym pokazem sztucznych ogni i jak zwykle zabawa przeciągnęła się do późnych godzin nocnych.
Pragniemy bardzo gorąco podziękować wszystkim, którzy nas odwiedzili. Mamy nadzieję, że nie zawiedliśmy Waszego zaufania i Waszych oczekiwań i będziemy mieli przyjemność gościć Was jeszcze nie raz.
Dziękujemy również wszystkim instruktorom i przewodnikom, którzy wspomagali nas w tym sezonie: Markowi Moszykowi, Bartkowi Kontnemu, Markowi Jasińskiemu, Wojtkowi Różańskiemu, Tomkowi Woźniakowi, Michałowi Zawadzkiemu, Markowi Kolendo, Leszkowi Czwarno i niezawodnej "ekipie pabianickiej" - Agnieszce Włodarczyk i Michałowi Grossowi, którzy dzielnie stawiali się na każde wezwanie. Gorące podziękowania kierujemy również do naszej "ekipy lądowej" - Marty Krawczyk i Stasia Betchera, bez których nikt nie byłby w stanie zapanować nad całym tym przedsięwzięciem 
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|-11-|-12-|-13-|-14|-15]
|
| Kurs P2 |
Lato 2005
Kto nie idzie na przód, ten się cofa. Ta maksyma, obowiązująca w wielu dziedzinach życia sprawdza się także w nurkowaniu. Nie można więc poprzestać na podziwianiu podwodnego świata - trzeba też cały czas doskonalić swe umiejętności. O tym, że niejeden nurek tak myśli świadczy zainteresowanie szkoleniami na stopień P2, zorganizowanymi przez CN Nowa Ama w lipcu i w sierpniu, w bazie Rybaki.
Nie ma co ukrywać. Nie było lekko. Z każdym dniem zmęczenie dawało się nam coraz bardziej we znaki, tym bardziej, że ilość nowych umiejętności i teoretycznej wiedzy, którą należało przyswoić była doprawdy ogromna. Nikogo to jednak nie zniechęciło, bo po to właśnie przyjechaliśmy - po wiedzę.
Największy nacisk na kursie położono na doskonalenie praktycznych i teoretycznych umiejętności związanych z bezpieczeństwem nurkowania. Ćwiczyliśmy ratownictwo nurkowe, uczyliśmy się rozwiązywać sytuacje awaryjne i korzystać z dodatkowego sprzętu: bojki, kołowrotka i szpulki. Poznaliśmy podstawy nawigacji podwodnej i organizacji nurkowań.
Jednak najważniejsze co wynieśliśmy z kursu to nowe, inne spojrzenie na nurkowanie - nabraliśmy większego szacunku i respektu wobec tak potężnego żywiołu jakim jest woda. Nurkowanie przestało być dla nas beztroskim machaniem płetwami - staliśmy się bardziej świadomi otaczającego nas, podwodnego świata.
Po tygodniu wyjechaliśmy z Rybaków zmęczeni, ale zadowoleni. To był dobrze wykorzystany czas. Dziękujemy instruktorom za ich wiedzę, cierpliwość i opiekę. Na pewno jeszcze nie raz spotkamy się i na powierzchni i pod wodą. Do zobaczenia!
Agnieszka Chodkowska- Gyurics
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|-11-|-12-|-13-]
|
| KURS P3 - CZYLI CO JA TUTAJ ROBIĘ? |
21 - 31.07.2005
Przychodzi taki czas w karierze nurka, kiedy zapada decyzja o przejściu na tę "drugą stronę". Czas kiedy nurek turysta-stażysta, decyduje się zostać przewodnikiem. Jak co roku w Nowej Amie, tak i tym razem, w samym środku lata, do Bazy w Rybakach zgłosiła się zdeterminowana grupka śmiałków, pragnących zmierzyć się z trójką "starych wyjadaczy", doświadczonymi szkoleniowcami CMAS. Łącznie 7 gwiazdek instruktorskich, setki wyszkolonych nurków i wysoka odpowiedzialność w stosunku do wykonywanej pracy powodują, że Jacek, Marek i Bartek to ekipa, której nie łatwo sprostać. Przekonaliśmy się o tym już po pierwszym nurkowaniu.
Cała nasza grupka spełniała wymagania na P3 z nawiązką, niektórzy specjalnie przygotowywali się do tego szkolenia już od dwóch lat, a tu niespodzianka... Z nurkowania na nurkowanie dowiadujemy się ile jeszcze trzeba się nauczyć. Omawianie błędów, niedoskonałości, czy gaf, zajmuje długie kwadranse po każdym z ćwiczeń.
Program szkolenia skonstruowany jest tak, że od początku musimy wykazać się nienaganną techniką w zakresie kontroli pływalności, prowadzenia zespołu oraz nade wszystko procedur ratowniczych. Bezbłędna znajomość i obsługa swojego sprzętu i sprzętu partnerów nie jest celem ćwiczeń, tylko środkiem do wykazania umiejętności przeprowadzenia bezpiecznego nurkowania w każdej z możliwych sytuacji awaryjnych. Nagle okazuje się, że nurkowanie z kolegami o takim samym poziomie wyszkolenia, czy nawet prowadzenie kolegów o mniejszym doświadczeniu, w niczym nie przypomina "realnej" pracy przewodnika, który musi mieć oczy dookoła głowy. Nasi "ulubieni" instruktorzy przechodzą sami siebie w symulowaniu różnego rodzaju potknięć i gaf popełnianych przez "młodych" nurków. Mamy coraz więcej tematów do przemyślenia, począwszy od konfiguracji własnego sprzętu, a skończywszy na pytaniu: "co ja tutaj robię?"
Ze wzrostem trudności ćwiczeń, rośnie stres, dodatkowo każdy z kandydatów musi poprowadzić seminarium na jeden z wybranych tematów. Czasu na przygotowanie jest niewiele, prawie wcale, nie każdy też czuje się dobrze w tzw. wystąpieniach publicznych. Z dnia na dzień rośnie też zmęczenie. Na szczęście grupa współpracuje bardzo dobrze, nie ma nieporozumień, gramy w tej samej drużynie, cel jest jeden: wyjechać stąd z trzema gwiazdkami. Każdy ma swoje przemyślenia, każdy dysponuje już pokaźną wiedzą w dziedzinie, którą sobie upodobaliśmy. Seminaria owocują wymianą informacji, poglądów, doświadczeń. Jest to najlepsza forma szkolenia jaką można sobie wyobrazić. Najciekawszym tematem okazują się: "psychologiczne aspekty nurkowania" z tezą, że stres działający na nurka jest jednakowy dla początkujących jak i zaawansowanych. Każdy z nas ma jakieś fobie, coś go niepokoi mniej lub bardziej, po ciekawej dyskusji uświadamiamy sobie, że niezależnie od stopnia wyszkolenia i doświadczenia, każdy może się znaleźć w sytuacji zaskakującej. Zatem każdy nurek jest w pewnym sensie nurkiem "początkującym" kiedy spotyka się z nieznanym środowiskiem, nową techniką, czy sytuacją z którą nigdy nie miał do czynienia. Po tym seminarium, niektórzy zaczęli sobie na serio zadawać pytanie: "co ja tutaj robię?"
Po pierwszej części ćwiczeń z techniki i ratownictwa, przechodzimy do prowadzenia grup. Teraz fantazja kadry okazuje się niemal nieograniczona. Bartek symulując mocno rozkojarzonego nurka zyskuje przydomek "Down". Marek już po pierwszym nurkowaniu ochrzcił się "egipskim JOWD - deep diver" i w pełni zasłużył na to miano (nurków JOWD proszę o wybaczenie). Tylko Jacek ostał się bez przezwiska, ale jego wejście do wody z taką ilością ołowiu, jaką można by obdzielić więcej niż dwóch nurków na pewno na długo pozostanie w pamięci tym, którzy mieli przyjemność prowadzić to nurkowanie. Po "przypadkach" z instruktorami dochodzimy do wniosku, że największe zagrożenie pod wodą to partner (sic!) szczególnie jeśli jest to instruktor, co najmniej dwugwiazdkowy. Oczywiście "to tylko ćwiczenia" ale pod wodą nigdy nie ma pewności, więc do każdej sytuacji podchodzimy jak do realnego zagrożenia. Stres i zmęczenie rośnie, ale w głowie zostaje coraz więcej. Po to tu jesteśmy.
Wreszcie nadchodzi pora na "realnych" partnerów. Ku przerażeniu stażystów i świeżo upieczonych P1, kandydaci na P3 organizują wyjazd nad jez. Leleskie, planują i prowadzą nurkowania ze swoimi, mniej doświadczonymi, kolegami (kadra wciąż markuje "nurkujących inaczej"). Dla części z nas to całkiem nowe doświadczenie, dla części już nie. Zaplanowanie, przeprowadzenie i omówienie całego nurkowania to cel, a przy tym ma być bezpiecznie, ciekawie, pouczająco i do tego jeszcze wesoło (?). Pomimo "utrudnień" ze strony "naszych ulubionych" instruktorów akcja pod wodą i na powierzchni przebiega dość sprawnie. Potem znów długie kwadranse omawiania szczegółów, wytykania błędów, ale czujemy, że stajemy się przewodnikami.
Wieczorem szok. Jeden z kandydatów nie potrafi sobie odpowiedzieć na pytanie postawione w temacie. Rezygnuje. Nastrój w grupie spada poniżej poziomu morza. Szykujemy się do zajęć w milczeniu. Za to poziom wymagań wciąż rośnie. Planowo wracamy do ratownictwa i procedur awaryjnych. Teraz ćwiczenia zaczynamy na głębokości 30 metrów. Niby wszystko już było, ale... brakuje trzeciej ręki do trzymania latarki!!! Znów walka z konfiguracją własnego sprzętu. Po to tu jesteśmy 
Ostatnie dni szkolenia to nurkowania na 40,45 i 50 metrów. Pierwsze dwa na nitroksie, narzędziowo i konserwatywnie, ostatnie na powietrzu. Witaj narkozo azotowa Planujemy dekompresję dla nurkowań głębokich i choć nie będziemy zmieniać gazów (to nie ten kurs), to poszerzamy naszą wiedzę o zastosowanie dekoplanera, deepstopów i zmiennej szybkości wynurzania. Dla połowy z nas to nowość, dla trójki uczestników poszerzonego kursu PN-2 z Dahab, to przypomnienie nabytych umiejętności. Okazuje się, że nigdy nie należy być zbyt pewnym siebie. Strzelanie bojki "w locie", w ciepłym Morzu Czerwonym, w doskonałej widoczności, bez rękawiczek i latarki, to zupełnie inna bajka niż to samo w zimnej i ciemnej wodzie polskiego jeziora, w suchych rękawiczkach i z "goodmanem" na dłoni. Niektórym, bojki uciekają w kosmos, ale za to mamy potem przyjemną wycieczkę po jeziorze, w celu odzyskania utraconych dóbr
Wreszcie ostatni dzień, ostatnie poprawki niezaliczonych ćwiczeń. Niepewność, kto dostanie promocję? Jak zwykle w Nowej Amie, "nie ma zmiłuj", tylko jedna osoba zalicza bezwarunkowo, reszta ma mniej lub więcej do powtórzenia, ale każdy dostaje szansę. Po czterech tygodniach od zakończenia kursu mamy sześcioro nowych P3. Jeden przyjedzie za rok, bo już znalazł odpowiedź (pozdrawiamy).
Jeszcze tylko egzamin w KDP, jesienią, ale po tym jaką dostaliśmy szkołę, to już chyba tylko formalność???
Leszek Czwarno, CN Nowa AMA
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|11-|-12-]
|
| Wspomnienia z kursu P1 w Rybakach |
17 - 24.07.2005
Jezioro Łańskie przywitało nas w trzecim tygodniu lipca bardzo przyjaźnie - piękną pogodą i niespotykaną chyba nigdzie indziej seledynową barwą wody. Widok ze wzgórza był upajający, jechaliśmy w ciszy, zastanawiając się, czy zdołamy zrealizować marzenia z lat dziecinnych, kiedy to przed czarno-białym ekranem telewizora odkrywaliśmy "Podwodny świat kapitana Cousteau". Niemal wszystko było tu dla nas nowe, sprzęt nurkowy, baza, większość spotykanych ludzi, ale od samego początku ogarnęła nas przemiła, rzec można rodzinna atmosfera. Każdy dzień kursu upływał nam pracowicie na nauce zasad nurkowania, wykładach i był jedna wielką przygodą. Codziennie podejmowaliśmy nowe wyzwania i pokonywaliśmy kolejne bariery. Bardzo przydatny okazał się kurs basenowy, na który chodziliśmy przed wakacjami. Jednak dla nas największym skarbem był nasz instruktor, emanujący wiedzą, doświadczony, rozsądny i do tego przemiły młody człowiek, dający nam pod wodą poczucie pełnego bezpieczeństwa. Jego spokojne oczy, obserwujące przez maskę każdy nasz ruch, czuwały bez przerwy. Później okazało się, że nad naszym bezpieczeństwem czuwali w zasadzie wszyscy pracownicy bazy, ale my, tak bardzo skupieni na wykonywanych ćwiczeniach "uczniowie", nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Podświadomie jednak odczuwaliśmy jakąś niespotykana dotąd, wspaniałą atmosferę przyjaźni, radości z doznanych wrażeń i wzajemnego zrozumienia. A przed nami, z każdym dniem odkrywał się tajemniczy i fascynujący podwodny świat. Zaczynaliśmy zauważać coraz więcej szczegółów, najpierw "poręczówki", roślinność i w końcu ryby. Niezapomniane wrażenia "odkrywców głębin" wywołały wyłaniające się z ciemności wraki zatopionych łodzi i "podwodny las". Jeszcze więcej emocji wzbudziło pierwsze nurkowanie nocne, które okazało się jednym z piękniejszych przeżyć w czasie kursu. Nawet dzisiaj, gdy przymknę oczy, widzę ławice dużych, hardych, ignorujących nas okoni, płynącego majestatycznie szczupaka, fosforyzujące w ciemności zegary konsoli i widoczne spod wody światła bazy. Z zadowoleniem obserwowaliśmy także bardziej przyziemne zjawiska - znaczną poprawę kondycji, utratę kilku zbędnych kilogramów i całkowite oderwanie się od dotychczasowych problemów i szarej zwykle codzienności. Wreszcie emocje sięgnęły zenitu - nadszedł czas egzaminu. Początek typowy - lekki strach przed wielką niewiadomą, omówienie zasad, rozdanie testów i bardzo długo czytane pierwsze pytanie... chwila zastanowienia i... ogromna ulga!!! Okazało się, że wszystko co powinniśmy wiedzieć i rozumieć, nasi cudowni wykładowcy przekazali nam w taki sposób, iż zdanie egzaminu - choć wymagało pewnego wysiłku i koncentracji - stało się możliwe! Ostatnie zanurzenie - pierwsze na 20 metrów - to już zupełnie inna bajka. Podświadoma radość ze zdanego egzaminu przyniosła nam "luzik" pozwalający odczuwać wyłącznie przyjemność. Niezapomniane są GRATULACJE na "dwudziestce" złożone nam przez naszego instruktora i spokojny powrót w toni, pozwalający dokładnie obejrzeć poszczególne strefy dna. Wierzyliśmy, że to właśnie dla nas świeciło wtedy słońce, wynagradzając tygodniowy wysiłek blisko 5 metrową widocznością.
Niestety, wszystko co dobre... nadszedł czas wyjazdu. Na koniec ukoronowanie dążeń i zmagań - ostatnia, symboliczna już odprawa, przestroga przed brawurą, kilka dobrych rad i oczekiwane przez nas szczególnie wręczenie książek płetwonurka - pięknych, nowiutkich, NASZYCH!!! Kiedy wysyłaliśmy do przyjaciół SMS-y aby podzielić się radością podpisywaliśmy je... P-1. Wyjeżdżaliśmy z bazy w ciszy, szczęśliwi z dokonań, przeżywający w myślach jeszcze raz każdy dzień kursu, wdzięczni za pomoc, opiekę i porady wszystkim wspaniałym ludziom poznanym w gościnnych Rybakach oraz pewni jednego - chcemy tu wracać, doskonalić swoje umiejętności i zachęcić naszych synów do przeżycia tak niezwykłej przygody!
PS:
Nasze wspomnienia dedykujemy serdecznemu Przyjacielowi - Maćkowi Jędrzejewskiemu, który niestrudzenie, konsekwentnie, z wiarą i nadzieją mobilizował nas do "popełnienia" P1 przez blisko 5 lat!
Życzymy wszystkim czytającym nasze wspomnienia:
- po pierwsze - takich Przyjaciół
- po drugie - zdecydowanie szybszego korzystania z dobrych rad i podejmowania decyzji, bo na takie przeżycia i radości nie warto czekać nawet minuty!!!
Ewa i Sławek Krzycholik
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-]
|
| Kurs P1 |
03 - 08.07.2005
Niedziela 3 lipca, od rana z Anią nie możemy usiedzieć w miejscu bo właśnie dziś mamy rozpocząć naszą kolejną przygodę życia, tym razem nurkowanie.
Kazano nam zawitać w Rybakach przed południem i tak też zrobiłyśmy. Tuż po zameldowaniu się u Gosi poszłyśmy na obiad i zaraz potem pamiętne pierwsze spotkanie z Jackiem, Miśkiem i Piotrem. Pierwsze wrażenie, jak zwykle co to nie my, damy sobie radę itd., ale już w kolejnych minutach zakładania na spocone ciało tej "pierońskiej" pianki szybko żeśmy się ostudziły z pewności siebie, przy drugiej zakładanej nogawce skóra z palców sama zaczęła schodzić.
Dobra pianka na sobie, sprzęt już rozdany, wszystko na swoim miejscu. Wydawałoby się, że to koniec i nareszcie będzie można skoczyć na wieczorną "integrację" a tu nagle Jacek każe nam wchodzić do wody z naszym ABC. No i się zaczęło, oddychanie przez fajkę bez maski (niestety Jezioro Łańskie do picia się nie nadaje ;-) ), przedmuchiwanie maski itd. Po morderczych trzech godzinach w końcu pozwolili nam wrócić do pomostu. Cała w skowronkach ruszyłam przed siebie, patrzę gdzie ta moja Ania ale widzę że dzielnie walczy, więc uspokoiłam się, mogę płynąc dalej, ale jakoś nie idzie, mam wrażenie że ten pomost coraz dalej a ja zamiast płynąć w jego stronę ciągle się oddalam. Myślę sobie, rany gdzie ta moja kondycja, ja chyba nie dopłynę. Co prawda Piotrek, cwaniak na łódeczce, płynął koło mnie ja jednak czułam że tonę. Podnoszę głowę i widzę 10m ode mnie Misiek stoi na pomoście i patrząc się na mnie wzrokiem żenującym pyta: "Dopłyniesz czy mam po ciebie wskoczyć?". Rany ale wstyd, pomyślałam - Monika weź się dziewczyno w garść, musisz dopłynąć, więc resztką sił odpowiedziałam: "Dam sobie radę". Wczołgałam się na ten pomost, patrzę na Anię, a ona cała uśmiechnięta, dziwi się że w ogóle mam taką minę, pyta mnie co się dzieje a ja prawie przez łzy: "Ja się do tego nie nadaje".
Kolejny dzień. Znowu skafander, tym razem w założeniu go, po poprzednim dniu, pomagała mi prawie cała grupa, bo moje palce nie wytrzymały dnia poprzedniego. Pod fachowym okiem Jacka, Miśka i Piotrka złożyłyśmy sprzęt i nareszcie do wody, trochę przerażona, bo jak pomyślałam o poprzednim dniu i takim wysiłku to mi się słabo zrobiło, ale twardo wchodzimy. Każda z nas sprawdza sobie nawzajem sprzęt, oby przypadkiem butla nie była zakręcona. Jest dobrze, możemy się zanurzyć. Wypuszczam powietrze z inflatora oraz z płuc i czuje nagły uścisk w okolicach mostka, rany to na pewno zawał serca! Pierwszy oddech, zaraz drugi a ja wciąż spadam w dół. Całe szczęście że to tylko 1,5 m a dla mnie głębia oceanu. Opadłam na dno, cała przerażona, do tego stopnia że nawet nie wiem w którą stronę jest baza, co za uczucie, zawał wciąż nie przechodzi, oddycham, jakbym już miała 10km maratonu za sobą. Nagle widzę Piotrka, który zorientował się od razu co jest grane i wymownym gestem mówi żebym oddychała wolniej. Weź i oddychaj wolniej, zwariował czy co pomyślałam, no dobra znak OK po obu stronach i płyniemy. Nerwowo chwyciłam Piotra za rękę, nic nie widziałam z przerażenia, serce waliło mi jak na pierwszej randce, a Piotr ze spokojem anioła, podprowadził mnie do jednego z podwodnych pomostów i kazał mi jeszcze robić jakieś ćwiczenia. Rany ja tu się duszę, w gardle i ustach susza jakbym miała kaca, a on nie ma litości. Byłam tak zdenerwowana że nawet nie potrafiłam wyjąć i włożyć puszki do ust, bałam się że nałykam się wody i tragicznie skończę na dnie. Następnego dnia Jacek poinformował nas o poważnych ćwiczeniach jakie będziemy musieli wykonać na podwodnych platformach. Nie pamiętam dokładnie jak się je wykonywało ale były na wyczucie swojej pływalności. Wydawało mi się że było nieźle, ale się myliłam i oczywiście jak to zwykle bywało po nurkowaniu, Jacek nie zostawiał na nikim suchej nitki, oprócz Adama, jedynego prymusa w grupie. Pomimo kolejnego już nurkowania, mój oddech pozostawał jeszcze wiele do życzenia, ciągle nie mogłam go uspokoić.
W kolejnych dniach zauważyłyśmy, że tych bardziej znerwicowanych, takich jak ja, zawsze przypisują do grupy Piotra. Fakt był taki, że to najlepszy terapeuta podwodny jakiego udało mi się na razie spotkać. Siedzenie z Anią i czekanie na kolejny podział na grupy, z myślą że za kilka minut będziemy musiały zejść na 15m, przyprawiało nas o kolejny zawał. Pomyślałyśmy wtedy że super by było jakbyśmy były razem w parze i na dodatek z anielsko cierpliwym Piotrkiem, no i udało się. Pomimo tego czułam niepokój bo to jednak 15m ale myśl że płynę właśnie z Anią i Piotrkiem trochę poprawiała mi humor. Poniżej 10m trochę zrobiło się zimno, ale podekscytowanie samym faktem że nareszcie coś było widać, a nie ciągle ten muł sprawiło że zaczęłam dostrzegać uroki podwodnego świata. Dodatkowym atutem było dobre i zaufane towarzystwo i chyba właśnie od tego nurkowania zaczęła się dla mnie super zabawa. Po pewnym czasie przedmuchiwanie maski, gry w "łapki" i inne ćwiczenia były już zabawą. Zwłaszcza wycieczka na Jezioro Narty, gdzie woda wydawałoby się że jest jak w wannie i pięknie ukształtowane dno było dla mnie po prostu cudem. Nawet Jacek już tak nie krzyczał na nas, nareszcie wszyscy poczuliśmy że nurkujemy "partnersko" a nie "naukowo". Każde następne zejście pod wodę było czystą przyjemnością i już zaczęliśmy narzekać że jest jakaś kolejność, wszyscy chcieli pierwsi, nikt nie chciał być pierwszym chrono.
Jednym z lepszych nurkowań było nurkowanie nocne. Niesamowita cisza i nasze już zdobyte doświadczenie dotyczące pływalności pozwoliło na obejrzenie wielu gatunków rybek, nawet szczupaka. Niestety nie zdecydowałam się na powrót do bazy po ciemku, na co namawiał mnie usilnie Piotrek, ale i tak uważam to za jedno z lepszych nurkowań. Również zejście na 20m było piorunujące. Świadomość takiej głębokości do pokonania sprawiła, że z nerwów zapomniałam o najważniejszym i miałam po drodze małe problemy z uchem ale jak zwykle Piotrek panował nad sytuacją ;-). Poza tym nareszcie mogłam się przekonać jak to jest nurkować z łódki.
Cudownie, że kiedyś mnie namówiono na ten sport, a "obóz pracy" w Rybakach pod bacznym okiem Kapitana Jacka uświadomił nam jak ważna jest wiara w siebie, spokój wewnętrzny i radość z najmniejszego napotkanego glona ;-).
Dziękuję ;-)
Monika Ołdakowska
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-]
|
| KURS NA RATOWNIKA PIERWSZEJ POMOCY TLENOWEJ DAN |
Kursy odbywały się w kilku terminach. Mogą być wliczane jako te, wymagane do stopni wyższych. Ale chyba nie o to chodziło. Większość z nas zdecydowała się na uczestnictwo w kursie, bo w nurkowaniu bezpieczeństwo, poza sama przyjemnością, jest najważniejsze. Chyba każdy, kto chce naprawdę dobrze czuć się pod wodą musi też czuć się bezpiecznie.
Pierwsza część, wykładowa, w jakimś stopniu była znana nam wszystkim z kursów na stopnie nurkowe. Większość z nas również należy do DAN. Tutaj zaskoczenia nie było. Natomiast część praktyczna była w pewnym stopniu niespodzianką. Nie tyle same sytuacje, które mieliśmy przećwiczyć, co forma ćwiczeń. Początkowe ćwiczenia prowadzone są na manekinie. Jego budowa pozwala na wykonanie wszystkich czynności reanimacyjnych. Widać również, które rzeczy robimy nieprawidłowo. Za małe odchylenie głowy do tyłu - brak wentylacji przy sztucznym oddychaniu. Za mocne wtłoczenie powietrza - czerwone światełko - źle!. Niewłaściwy punkt do masażu serca- czerwone światełko - źle. Pierwsze skrępowanie mija bardzo szybko (wszyscy obserwują reanimacje i komentują potem błędy). Nagle okazuje się ile błędów można popełnić przy niby prostej akcji.
Drugi dzień kursu to odgrywane realne sytuacje. Wszyscy uczestnicy kursu są kolejno poszkodowanymi, udzielającymi pomocy lub tylko pomagającymi (żeby udzielić pierwszej pomocy tlenowej musisz być przeszkolonym ratownikiem i tu też kryją się kruczki prawne). Znowu, w pierwszej chwili skrępowanie (niewielu z nas ma zdolności aktorskie) mija bardzo szybko. Sytuacje są realne i bardzo rożne. Różny też jest sposób przedstawienia nam problemu. Czasami wszyscy wiedzą co się za chwile stanie, ale czasami ktoś wychodzi na zewnątrz i tylko on wie co przedstawia. Trzeba prawidłowo rozpoznać i zareagować na wszystkie objawy. Czasami poszkodowanych jest więcej. Czasami brakuje rąk, czasami czasu.
Z tego kursu wychodzimy z przeświadczeniem, że:
- sami sobie nie poradzimy, musi być osoba do pomocy
- sam kurs nie pomoże, musimy często ćwiczyć akcje udzielania pierwszej pomocy żeby nie tracić czasu na zastanawianie się i żeby się nie pomylić.
Polecam. Potem wiesz jak mało możesz i ile musisz zrobić żeby zrobić cokolwiek.
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-]
|
| ZAKRZÓWEK - NURKOWA WYPRAWA DO KAMIENIOŁOMU |
03-05.06.2005
Nie wiem jak to się dzieje, ale choćbym nie wiem jak próbowała dojechać gdzieś według wskazówek i mapek rozsyłanych przez Jacka do uczestników wyjazdu, jest to niewykonalne. Tak samo było i tym razem. Do Krakowa droga jest prosta, ale potem...
W końcu dotarłyśmy z Anką do hotelu. I nawet nie byłyśmy ostatnie, pomimo godzinnego błądzenia po Krakowie. Należy w tym miejscu dodać że to tylko mnie się zdarza. Reszta uczestników dojechała jak zwykle, bez problemu (albo z takim, które zdarzają się kierowcom rozwijającym nieco większe prędkości).
Pierwszego dnia, po śniadaniu, ruszyliśmy kawalkadą do kamieniołomu. Drobne problemy ze zmianą kierunku ruchu przy tylu autach, które musza zmieścić się w ciągu jednych świateł przed kolejnym zjazdem, tym razem nam nie przeszkodziły. Wszyscy dojechali razem na miejsce.
Zostaliśmy podzieleni na grupy, została wyznaczona kolejność wchodzenia grup do wody i zaczęło się. Woda jak zwykle, nie zawiodła. Dobra widoczność i słońce pomagały i cieszyły. Większość miała jakieś określone cele, coś ćwiczyła, coś oglądała i wyglądała na zadowoloną po wyjściu z wody. Również siarkowodór nas nie zawiódł (pierwszego dnia - drugiego po takiej ilości chętnych machających płetwami, już nie było tak idealnie). Ale w sobotę bardzo pięknie było widać różnice w przejrzystości wody i większość z nas spróbowała poznikać pod jego powierzchnią. Nikt się potem tez nie skarżył na ewentualne dolegliwości z powodu składu chemicznego wody.
Po południu czas wolny mogliśmy spędzać dowolnie. Część osób zdecydowała, że przedpołudniowa dawka wody to za mało i pojechaliśmy na basen. Pospływaliśmy rzeką, powchodziliśmy na mokrą 'ściankę', posiedzieliśmy w saunie i zgłodnieliśmy...bardzo. No i tutaj zaczęły się nasze problemy. Wszyscy zapomnieli, że są dni Krakowa. Miejsca, w którym moglibyśmy cos zjeść szukaliśmy na tyle długo, że większość chciała zjeść cokolwiek albo kogokolwiek. Dodatkowo, bardzo porządny deszcz, można nawet powiedzieć wiosenne oberwanie chmury połączone z burzą, zagoniło wszystkich do restauracji, kawiarni, budek, do każdego pomieszczenia, do którego można było wejść. To nam nie pomogło. Ani woda w butach. Chociaż po najedzeniu się nikt już nie zwracał uwagi na mokrość tu i ówdzie.
Następny dzień był równie udany jak poprzedni. Deszcz w nocy przeczyścił kolory i mogliśmy oglądać jeszcze wyraźniejsze widoki na Zakrzówku. Tym razem drobne problemy z dojazdem do kamieniołomu, tylko trochę zmieniły nasze plany. Ale miało to też swój pozytywny wpływ na malowniczość widoków. Grupy nurkowe były takie same jak dnia poprzedniego wiec łatwiej nam się było zorganizować. Wiedzieliśmy też, co chcemy robić - wszystko zostało omówione przed nurkowaniem. No i do wody. Następne rzeczy do oglądania, coś do ćwiczenia i oderwanie od codzienności. To, co jest najwspanialsze w nurkowaniu - ' szybowanie ' w swoich bąblach (może dla innych, co innego jest fascynujące, ale dla mnie właśnie to 'latanie'). Weszliśmy do wody w słońcu, a wyszliśmy... Ołowiane chmury, wiatr który porywał wszystkie lżejsze rzeczy, część cięższych również. Późniejsze grupy dostały nawet deszcz. Wychodziliście kiedyś z wody, kiedy pada ciepły deszcz? Albo zanurzaliście się? Bajka. No może wiatr trochę psuł wrażenie.
Wracaliśmy do domu po obiedzie. I tu znowu niespodzianka. Kraków - słońce, zjazd z autostrady - ściana deszczu, za chwile granatowe niebo i błyskawice a 50 km dalej różowe chmury, słońce i tęcza. Tym razem Kraków pożegnał nas bardzo malowniczo.
Ewa Nieścioruk
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|-11-|-12-|-13-]
|
| PN-2 ZAAWANSOWANY KURS NITROKSOWY DAHAB II turnus - oczami kursanta |
16-23.06.2005
W tych dniach w leniwej atmosferze Dahab, odbył się drugi z planowanych kursów rozszerzonych PN2 CMAS, dający uprawnienia do nurkowania z wykorzystaniem nitroksu o zawartości tlenu powyżej 40%. W ramach kursu, oprócz pogłębienia wiedzy nt. nurkowania z wykorzystaniem sztucznych mieszanin oddechowych, nauczyliśmy się planować głębokie nurkowania z wykorzystaniem gazów podróżnych, dennych i dekompresyjnych. Doświadczyliśmy też na własnej skórze wszelkich niuansów konfiguracji sprzętu do takich nurkowań. Gwoździem programu było pięć nurkowań w konfiguracji twinset 2 x 12l. z powietrzem jako gaz denny i backup + 12l. stage z gazem podróżnym EAN30 + 12l. stage z EAN60 jako gaz dekompresyjny. Nurkowania odbywały się według planu wyliczonego programem V-planner z uwzględnieniem głębokich przystanków dekompresyjnych i zmian gazu oraz komputerami powietrznymi jako zabezpieczenie. Dla nas - kursantów były to pierwsze nurkowania w konfiguracji z butlami bocznymi i pierwsze tak głębokie nurkowania w życiu. Każdego dnia biliśmy swoje życiowe rekordy 50, 55, 60m., ale nie o rekordy tu chodziło. Nurkowania na takie głębokości, może nie warte uwagi dla "starych wyg", dla nas były jak pierwsze kroki podczas nauki chodzenia. Na początku niepewne, niedoskonałe, ale każdy kolejny, coraz pewniejszy, dający coraz większą satysfakcję, otwierający przed nami nowy świat i nowe możliwości.
Muszę przyznać, że pierwsze wejście do wody z taką ilością sprzętu (w sumie z pełnymi butlami to prawie 100kg.) nie wzbudziło we mnie zachwytu. Okazuje się, że dopiero po podpięciu butli bocznych odkrywa się gdzie i dlaczego powinny być umiejscowione D-ringi, dlaczego manometry powinny być tam gdzie powinny, a nie w dowolnie innym miejscu i tak dalej z każdym z najdrobniejszych szczegółów.
Po dopasowaniu uprzęży i poprawieniu mocowań stage przestały przeszkadzać, drugie nurkowanie to już niemal pełen komfort i do tego ta świadomość, że ma się ze sobą prawie 10 tys. litrów gazu 
Trzeci nurek, pierwszy według wyliczonego planu. Tak naprawdę zdałem sobie sprawę, o co tu chodzi, gdy w 10 minucie nurkowania na 40 metrach komputer zapiszczał informując o przekroczeniu czasu nurkowania bezdekompresyjnego. W typowej rekreacji, w takiej chwili myślimy "o shit" i zaczynamy wynurzanie, a tu - w jednej flaszce 200 at, w drugiej 160, w trzeciej i czwartej po 150, pełen luz, a do wynurzenia jeszcze dobre 30 minut. No tak to można nurkować...
Pierwsza pięćdziesiątka, azot szumi w głowie jak po dobrej szklance wódki, na szczęście jest partner, jest tabliczka z planem, jest się na czym skupić, jest do kogo "odezwać". Po wyjściu zaczynam podziwiać bardziej doświadczonych nurków, którzy sami schodzą na duże głębokości. Fakt, pod narkozą, z zapasem gazu tylko dla siebie, nie pomógłbym chyba partnerowi, ale sama świadomość, że ktoś jest obok mnie, to już coś.
Pierwsze 55 metrów, zanurzenie, bez problemów, zmiana gazu powoli robi się rutyną . Jednak 12 minut na tej głębokości, na powietrzu, daje efekt. Prowadzący uciął run-time, co było przecież umówione, wszyscy poszli w górę, ja też, za szybko, łapię inflator, za nerwowo, zatrzymuję się, lekko opadam, a czas leci, płetwy w ruch, wciąż dodaję do jacketu, a na głębokościomierzu wciąż 48m i ani drgnie. Mija wieczność, patrzę w górę za resztą grupy, podsysam trochę wody z boku ustnika i zaczynam się krztusić, ciągle 48m, o kurcze, ja tu już stoję chyba ze trzy minuty. W tym momencie pojawia się Partner, przez duże "P" (dzięki Ci Sławku), nagle wszystko wraca do normy. Zaczynam się spokojnie wynurzać, przełykam wodę, ale już się "nie topię", na 42 metrach przechodzę na gaz podróżny, narkoza mija jak nożem uciął. Żyję. Potem sprawdzam profil w komputerze, na 48 metrach zatrzymałem się na niecałe 30 sekund. Dlaczego pod wodą czas tak przyspiesza?
Kulminacyjny dzień, Blue Hole, przejście pod łukiem w stronę otwartego morza i powrót tą samą drogą. W planie 60 metrów! Po przygodzie z poprzedniego dnia, motylki w brzuchu, może to "zemsta faraonów" a może nerwy, kto to wie. Smecta nie pomaga, więc chyba nerwy. Nie spieszymy się, powoli klarujemy sprzęt, jeszcze kilka chwil na poduchach, wypijam mint tea i ruszamy. W wodzie przychodzi ulga, Blue Hole jest tak magiczna, że nie można tu nurkować nie czując zadowolenia. Szybko opadamy na pierwszy przystanek kompresyjny, zaraz potem drugi, 40 metrów, zmiana gazu, po głowie chodzi myśl, czy znowu azot da mi popalić. Tym razem nic. Wchodzimy pod sklepienie Arch'a, widok jak z bajki, ostro wysklepiona brama, za nią nic tylko błękit, nie widać gdzie się kończą podpory tych wrót, chyba nie mają końca. Wypływamy w otwarte morze, nad nami 60m, pod nami też pewnie tyle, nie myślę o tym, radość i ten widok... Wyraźnie chłodniejsza woda w otwartej toni trochę otrzeźwia, jednak jest narkoza, ale adrenalina tym razem wygrywa. Patrzę na zegarek, patrzę na tabliczkę, pora wracać. Przed nami ściana rafy, a w niej olbrzymia brama bez wrót. Po drugiej stronie przejścia nieoczekiwany przystanek, uścisk dłoni Prezesa, gratulacje i już czas wracać w górę. Tym razem deep stopy, strzelanie bojki i zmiany gazów idą jak po maśle. W 76 minucie powierzchnia. Komputery powietrzne zostają na 3 metrach, zostało im jeszcze 90 minut do "odsycenia", a my w tym czasie ucztujemy na poduchach.
Kocham gaz dekompresyjny 
Vini, vidi, vici. Nie pozostaje nic innego jak odliczać dni do następnej wizyty w Dahab.
Tekst Leszek Czwarno
Zdjęcia Sławek Tomkiewicz
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-]
|
| WYPRAWA "ODKRYWAMY HAŃCZĘ" |
25-29-05.05.2005
Koniec maja. Cztery ciepłe, piękne, pogodne, majowe dni. Czy można wtedy zostać w domu? Jak można je wykorzystać? Oczywiście nurkując! Gdzie? A czemu by nie na Hańczy, najgłębszym polskim jeziorze, przyciągającym co roku rzesze płetwonurków. Taki właśnie pomysł na spędzenie wolnego czasu miała liczna grupa, która wzięła udział w zorganizowanej w dniach 25-29 maja przez CN Nowa Ama wyprawie Odkrywamy Hańczę.
Chętnych było tak wielu, że w nowo otwartym pensjonacie Sienkiewiczówka, w którym zatrzymaliśmy się tym razem, zabrakło miejsca. Jednak mimo dużej liczby uczestników nurkowania przebiegały sprawnie i zgodnie z planem.
Rozpoczęliśmy, jak zwykle, na Czarcim Rogu. Tradycyjnie już jest to miejsce, które odwiedzamy jako pierwsze, miejsce świetne na "rozgrzewkę", po dłuższej, zimowej przerwie w nurkowaniu.
Kolejnym punktem była oczywiście ścianka, której Hańcza w znacznym stopniu zawdzięcza swą sławę. Jest to miejsce niezawodne: marglowe formacje przybierające najdziwniejsze formy, liczne szczeliny, lekki mrok - wszystko to składa się na niesamowitą scenerią i gwarantuje niezapomniane emocje. Nic więc dziwnego, że na ściance zaplanowaliśmy aż dwa nurkowania.
Dzień trzeci poświęciliśmy na eksplorację nowego miejsca, nazwanego roboczo ścianką alternatywną. Okazało się ono największym odkryciem wyjazdu - dwa prostopadłe do brzegu, przedziwnej postaci garby tak przypadły nam do gustu, że i tutaj zrealizowaliśmy dwa nurkowania.
Ale nurek żyje nie tylko pod wodą. Dlatego też Nowa Ama zadbała także o rozrywki na lądzie. Duże zainteresowanie wzbudziły projekcje filmów poświęconych tematyce nurkowej: pierwszy opowiadał o wyprawie do Meksyku i eksploracji podwodnych jaskiń, drugi - o nurkowaniu w Egipcie. Nie odbyło się też bez tradycyjnego ogniska. Do późnej nocy, a właściwie do wczesnego ranka, bawiliśmy się piekąc prosiaka, śpiewając i gawędząc.
Agnieszka Chodkowska-Gyurics
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|-11-|-12-|-13-|-14-|-15-|-16-|-17-|-18-|-19-|-20-|-21-|-22-|-23-| -24-]
|
| WYPRAWA DO DAHAB |
24-31.05.2005
Dahab... Czarowne miejsce, którego nie da się zapomnieć i do którego chce się wrócić... Ja wróciłam i mam nadzieję pojechać tam jeszcze nie raz... Niektórzy uczestnicy tej wyprawy, słysząc o magii i niesamowitym uroku tej egipskiej wioski postanowili sami sprawdzić, ile było prawdy w zasłyszanych opowieściach i... nie oszukali się. Dahab i jego przepiękne miejsca nurkowe usytuowane wzdłuż wybrzeża przyciągają nurków z całego świata. Um Sid, Islands, 3 Pools, Shark Reef, Canyon, Caves, a przede wszystkim Bells i Blue Hole to i tak tylko niektóre z nich.
Lądowanie... Przepiękna egipska noc... Niektórzy z nas mieli pomysł, by zaczekać na wschód słońca, jednak rozsądek i zapewne zmęczenie po podróży wzięły górę, więc udaliśmy się grzecznie do swoich pokoi. O poranku Piotr był uprzejmy zapoznać nas z planowaną organizacją pobytu. Dowiedzieliśmy się również o możliwości wyboru miejsca, do którego mieliśmy się udać na całodniową wyprawę pod koniec naszego pobytu w Dahab. Wyboru mieliśmy dokonać pomiędzy wyprawą na wielbłądach do Gabr El Bint, a wyprawą łodzią do Ras Mohammed i na Thistlegorm... Wszyscy zgodnie wybrali opcję drugą. Jednak nasze szczęście nie trwało długo... Okazało się, że trzy osoby nie mają wystarczających uprawnień, by zanurkować na Thistlegorm... Zgodnie jednak z zasadą "albo wszyscy, albo nikt" postanowiliśmy, że się nie poddamy i znajdziemy rozwiązanie pozwalające wszystkim zobaczyć ten niesamowity wrak. Przecież nie ma sytuacji bez wyjścia! My też znaleźliśmy rozwiązanie... Nasza kochana trójka PADI dzielnie rzuciła się do nauki i rezygnując z wypoczynku zrobiła kurs AOWD. Właściwie pomysłodawca był jeden, nie wiem jednak, czy mogę zdradzić jego personalia... Chociaż... Dziękujemy Ci, Piotrze! Dzięki Tobie niektórzy zyskali nowe uprawnienia, a cała grupa mogła zanurkować na wraku, na który nie jeden nurek próbował dotrzeć... Niektórzy nawet kilka razy, niestety bez powodzenia...
Thistlegorm to chyba najbardziej znany wrak na Morzu Czerwonym. Zatopiony w 1941 roku przez bombowce niemieckie, spoczął przełamany na dwie części na głębokości ok. 30 metrów. Po raz pierwszy został odkryty w 1955 roku przez Jacques'a Cousteau.
Wnętrze wraku Thistlegorm jest doskonałe do eksploracji. Jest tam duża przestrzeń pomiędzy poszczególnymi obiektami w ładowniach, a sklepieniem oraz wiele wyjść, które zapewne ułatwiają nurkowanie osobom, czującym się niepewnie w przestrzeniach zamkniętych. Możemy tu zobaczyć m.in. ciężarówki, jeepy, motocykle, skrzydła samolotów, duże ilości terenowych opon, karabiny. Ponadto można zobaczyć dwie ogromne lokomotywy, które po wybuchu spoczęły w odległości około 30 metrów od statku. Biorąc pod uwagę rozmiary wraku nie ma możliwości zobaczenia wszystkiego w trakcie jednego zejścia pod wodę. Nam się udało zanurkować dwa razy, ale to i tak za mało... Wszyscy jednak byli usatysfakcjonowani. Po zakończeniu eksploracji wraku wyruszyliśmy do Ras Mohammed. Miejsce to przywitało nas niesamowitym bogactwem rafy koralowej i nieprawdopodobną liczbą oraz różnorodnością jej podwodnych mieszkańców. Również stała mieszkanka tej okolicy - czterometrowa murena postanowiła przywitać kolejnych "podwodnych gości", leżąc na piaszczystym dnie, ukryta pod rafą koralową jak pod parasolem, który dawał jej schronienie przed wścibskimi nurkami, obserwowała leniwie nasze zmagania z prądem. Dla części z nas było to niesamowite przeżycie nie tylko ze względu na piękne widoki podwodne, ale również dla kilku osób było to pierwsze nurkowanie z łodzi i pierwsze nurkowanie w tak silnym prądzie.
Po ciężkim, ale jak cudownie spędzonym dniu przyszedł czas powrotu do hotelu. Już nikomu nie przeszkadzał żar lejący się z nieba, bo każdy z nas żył jeszcze wrażeniami z wyprawy...
Tydzień w Dahab dobiegł końca... Szkoda... Dlaczego czas płynie najszybciej właśnie wtedy, gdy chcemy go zatrzymać...? Dlaczego najcudowniejsze chwile tak szybko mijają...? Trudno znaleźć odpowiedź na takie pytania... Na szczęście pozostają w nas zawsze wspomnienia, które warto zachować i pielęgnować... Pamięć o cudownych miejscach i wspaniałych ludziach, którzy nam towarzyszyli... Ola, Magda, Basia, Łukasz, Paweł i oczywiście Piotr, nasz cudowny opiekun... Dziękuję Wam za wspólnie spędzony czas i mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz. Basiu, nasza nowa P1 byłaś bardzo dzielna i strasznie się cieszę, że polubiłaś również nurkowania w polskich jeziorach J. Do zobaczenia pod wodą!
Sandra Krąż
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|-11-]
|
| WYPRAWA NAD JEZIORO BIAŁE KOŁO GOSTYNINA |
12.05.2005
Nareszcie nadszedł ten dzień, 12.05.2005 i kolejny wyjazd organizowany przez CN NOWA AMA. Wyprawa nad jezioro Białe k. Gostynina, choć krótka, bo jednodniowa, okazała się bardzo udana. Pogoda co prawda próbowała nas straszyć odrobiną deszczu, jednak ostatecznie poprzestała na przeplatance słoneczno pochmurnej. Niektórzy z braci nurkowej byli tu po raz pierwszy, ale chyba nie ostatni. Jezioro zachwyca bogactwem flory i fauny, a zwalone drzewa, niczym rafy, tworzą niesamowite formy i są miejscem spotkań całych ławic ryb. Dodatkową atrakcją tego akwenu jest zaparkowany na dnie samochód marki polonez w kolorze blue. Ważnym punktem programu był grill pod okiem doświadczonego mistrza kulinarnego. Czas nieubłaganie minął i trzeba było wyjeżdżać, ale nie sposób nie wstąpić do zajazdu o dźwięcznej nazwie "Babskie Jadło". Ach... i znowu trzeba odliczać dni do kolejnego wyjazdu...
Agata
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-]
|
| Rybaki - długi weekend majowy |
30.04-03.05.2005
Zgodnie z sześcioletnią już tradycją, długi weekend majowy spędziliśmy w gronie przyjaciół i znajomych, w gościnnych progach bazy Rybaki. Ciepła, słoneczna pogoda dała nam wszystkim okazję do podziwiania przyrody budzącej się ze snu, zarówno pod wodą jak i na powierzchni.
Początek maja to okres, w którym zazwyczaj widoczność pod wodą jest dużo lepsza niż latem. Nasze nadzieje na klarowną wodę zniweczyła dość późna w tym roku miksja. Nurkujący w mokrych skafandrach poszukiwanie przejrzystej wody musieli okupić dłuższym pobytem pod termokliną, na głębokości poniżej 9m. Jednak majowe słońce, pozwalało zregenerować siły i ogrzać się natychmiast po wyjściu z wody.
Oczywiście podczas majówki nie mogło zabraknąć wizyt nad jeziorami Leleskim i Świętajno, uchodzącymi za najczystsze w okolicy i najatrakcyjniejsze nurkowo.
Dla większości były to pierwsze nurkowania w sezonie, a dla czwórki kursantów, pierwsze w życiu nurkowania w jeziorze. Zanim weekend dobiegł końca, większość uczestników majówki już umówiła się na spotkanie podczas kolejnej wyprawy Nowej Amy, tym razem nad Hańczę.
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-]
|
| ROZSZERZONY KURS NITROKSOWY - WSTĘP DO NURKOWAŃ TECHNICZNYCH |
05-12.04.2005
W terminie 5-12 kwiecień udało nam się zrealizować w Dahab od dawna już przygotowywany projekt rozszerzonego, zaawansowanego kursu nitroksowego PN2. Założeniem zmodyfikowanego szkolenia było przedstawienie i realizacja zagadnień charakterystycznych dla głębokich nurkowań powietrznych z wykorzystaniem nitroksu jako gazu podróżnego i dekompresyjnego oraz zastosowanie technik nurkowania i konfiguracji sprzętu właściwych również dla technicznych nurkowań trimiksowych.
Przede wszystkim dobry skład. Do udziału w szkoleniu zostały zaproszone osoby nie nurkujące do tej pory technicznie ale mające duże doświadczenie w zakresie nurkowań standardowych (znacznie ponad 100). Wymagane oczywiście były również podstawowe uprawnienia nitroksowe oraz stopień nurkowy umożliwiający głębokie nurkowania powietrzne.
Przedsmak nurkowań technicznych można już było odczuć na lotnisku. Z wyjątkiem butli i balastu każdy zabierał do Dahab własny sprzęt czyli 3 automaty powietrzne, 1 tlenowy, kamizelka z podwójnym workiem, 2 komputery, 2 maski, 2 kołowrotki, 2 bojki, skafander i dziesiątki gumek, sprzączek i strapów na głowę. Warto w tym miejscu wspomnieć o udziale w szkoleniu trzech dziewczyn, których łączna waga chyba nie przekraczała ciężaru bagażu każdej z nich.
Pobyt w Dahab (pomijam przespaną noc jako niepotrzebną stratę czasu) rozpoczęliśmy od wykładu poświęconego konfiguracji sprzętu. W czasie kursu od początku planowaliśmy wykorzystywać zestawy dwubutlowe 2x12 oraz po dwie butle boczne. Wykład bardzo szybko zmienił swój charakter na seminaryjny ponieważ każdy z uczestników chętnie się dzielił swoimi przemyśleniami i doświadczeniami związanymi z konfiguracją sprzętu. Omówiliśmy najczęściej stosowane rozwiązania podkreślając, iż konfiguracja sprzętowa jest w dużym stopniu sprawą indywidualną i ma zapewniać wygodę oraz bezpieczeństwo jej "właścicielowi".
Zainspirowani dyskusją poświęciliśmy ponad 3 godziny ma montaż konfiguracji wybierając optymalne, ergonomiczne rozwiązania i konsultując jeszcze wielokrotnie pomysły dotyczące rozmieszczenia poszczególnych elementów.
Pierwsze nurkowanie to Lighthouse. Ponieważ było nas 15 osób a każdy z nas miał po 4 butle i jeszcze trochę rzeczy dodatkowych, nasza instalacja na miejskiej plaży wzbudziła mały popłoch. Pierwsze nurkowanie w całości było poświęcone praktycznemu poznaniu konfiguracji. W czasie nurkowanie do głębokości 30m każdy miał za zadanie sprawdzić i ewentualnie skorygować pływalność i pozycję w wodzie, wielokrotnie przełączać się z powietrza na nitroks, pobierać i odkładać automaty z butli bocznych, odpinać i przypinać butle boczne, wzajemnie weryfikować poprawność używanego aktualnie gazu oraz setki razy sprawdzić ergonomikę ułożenia wszystkich elementów wyposażenia.
Pierwsze nurkowanie trwało blisko 2 godziny. Następnego dnia rano większość ekipy już przed śniadaniem krzątała się w bazie by poprzekręcać, pozmieniać, poprzekładać i poprawić. Dobrze jest - pomyślałem sobie wtedy...
Kolejne nurkowania to najpiękniejsze miejsca w Dahab do głębokości 50m. Umm Sid, Caves, Canyon. Kompletny brak pośpiechu. Zawsze miejsca te oglądane na dużej głębokości kojarzyły się z bardzo krótkim czasem dennym i dekompresją, która pojawiała się natychmiast po dotarciu na żądaną głębokość. Teraz całkowity spokój. Czas denny 20 minut? Proszę bardzo! Będzie trzeba oczywiście posiedzieć trochę na dekompresji ale i tak jest ona akcelerowana gorącym nitroksem. Nie ma obawy że zabraknie jakiegoś gazu. Planujemy nurkowania w oparciu o regułę 1/3.
Z każdym dniem uczestnicy nabierają większego doświadczenia. Po każdym nurkowaniu jeszcze długo je analizujemy. Omawiamy błędy, rozważamy wariantowość poszczególnych sytuacji. Cały czas odbywają się wykłady. Wiadomości o nitroksie, zegary toksyczności tlenowej, patofizjologia, technika nurkowań głębokich, planowanie nurkowań mieszankowych. Z każdą minutą ekipa staje się coraz bardziej zawodowa.
Wszystkie nurkowania prowadzone są w oparciu o powietrze jako gaz denny, EAN30 jako gaz podróżny oraz EAN60 jako gaz dekompresyjny. Do planowania nurkowan i wyznaczania RunTime (minutowy plan nurkowania uwzględniający zmianę gazów oraz przystanki) używamy programu V-Planner. Plan zapisywany jest w wersji podstawowej oraz awaryjnej na parostronnicowych tabliczkach zabieranych pod wodę. Przy każdym z nurkowań wykorzystujemy technikę deep stopów czyli głębokich przystanków dekompresyjnych. Wynurzenia prowadzone są przy użyciu bojki i kołowrotka. Ćwiczymy pod wodą awaryjne sytuacje skrócenia lub przedłużenia planowanego czasu pobytu pod wodą.
Sporo do myślenia daje nocne nurkowanie w Canyonie na głębokość 52m. Nurkowanie niezwykle piękne ale obsługa w nocy latarki, bojki, kołowrotka i butli bocznych kiedy czas płynie nieubłaganie i wymagana jest niemalże parosekundowa punktualność poszczególnych czynności nie należy do prostych zadań. W takiej sytuacji doskonała technika nurkowania musi iść w parze z logicznie i pewnie skonstruowaną konfiguracją sprzętową. To nurkowanie właśnie pozwoliło wielu osobom z naszej grupy zdobyć się na wyznanie, iż czeka ich jeszcze dużo, dużo pracy...
Ukoronowaniem kursu jest przejście pod łukiem w Blue Hole. Część osób już tam wcześniej nurkowała ale teraz robią to wreszcie tak jak należy. Z podwójnymi butlami, z nitroksem, z planem i zabezpieczeniem. Nie opadamy przy ścianie ale napływamy na łuk z przeciwnej strony Blue Hole. Nieprawdopodobny widok. Ogromne sklepienie wyłania się z błękitu sugerując jakby swoje nieziemskie pochodzenie. I znowu powoli i bezpiecznie nurkujemy. Tak jak trzeba.
Po kursie zostały przemyślenia. Dziesiątki pomysłów na konfigurację, na technikę nurkowania, nowa, wartościowa filozofia głębokich nurkowań i chęć dalszego rozwijania się. Głębokie nurkowania techniczne to wspaniałe przeżycie i dla wielu z nas kolejne rozdziały nurkowania. Ale pamiętajmy, że tak naprawdę potrafią one pokazać swoje piękno tylko tym którzy zasłużyli na ich szacunek swoją pracą, osobowością i pokorą.
Jacek Paradowski - CN Nowa AMA
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|-11-|-12-|-13-|-14-|-15-|-16-|-17-|-18-|-19-|-20-|-21-|-22-|-23-| -24-|-25-|-26-]
| HEL - GŁĘBOKIE WRAKI |
13-15.05.2005
Kolejna wyprawa na bałtyckie wraki, spoczywające na głębokości 30-40 metrów, organizowana przez CN Nowa Ama, rozpoczęła się od przyjazdu uczestników na Hel, w piątek 13 maja.
Pomimo feralnej daty wszyscy bez problemów, dotarli na miejsce w przewidzianym terminie (choć niektórzy jechali już od środy, ale z przystankiem na Kurs Patofizjologii w KOMH).
Pierwszego dnia pogoda już od samego ranka napawała optymizmem. Czyżby tym razem Neptun miał być nam przychylny? Jesienne wyprawy albo nie dochodziły do skutku, albo były przerywane po pierwszym dniu.
Słońce, lekka bryza, obfite śniadanie i jak zwykle stuprocentowo punktualny Jurek Lissowski, wszystko szło gładko aż do główek helskiego portu. Tuż za falochronem okazało się, że pomimo względnej ciszy jest niewielki rozkołys. Długa, ale dość odczuwalna podczas 45 minutowego rejsu fala zniechęciła niektórych do zakładania skafandrów. Cóż, Neptun odebrał swoją daninę, ale w zamian pozwolił nam zrealizować cztery zaplanowane nurkowania.
Jako pierwsza Pogłębiarka (54°45'34,4", 018°42'49"), stalowe monstrum, w którym trudno dopatrzyć się jakiegoś znanego sobie kształtu, chyba że jest się tu stałym bywalcem. Dodatkowej grozy temu miejscu dodawały olbrzymie dorsze uwięzione w luźno zwisających sieciach. Dość dobra widoczność pozwalała podziwiać wrak na prawie 39m bez użycia latarek!
Drugi w kolejności był Tankowiec (54°47'29", 018°38'32"). Dobrze odczuwalny prąd nad wrakiem, raczej pomagał, niż przeszkadzał usuwając podniesiony osad poza szczątki olbrzyma. Zespoły rozpłynęły się w różnych kierunkach jedni podziwiali dziub z olbrzymią kotwicą, a inni szczątki śródokręcia. Paradoksalnie, chyba najlepszą widoczność miał ostatni zespół.
Najbardziej malowniczym elementem podwodnego krajobrazu wokół wraków są zgubione przynęty na dorsze, pozaczepiane o sieci i żyłki. Gdyby tak mieć więcej czasu i jakieś wiaderko, można by się nieźle obłowić...
Niedzielny poranek nie był już tak optymistyczny jak poprzedni - lekka mżawka i chłodny wiaterek oraz niebo nisko zaciągnięte chmurami nie wróżyły dobrze.
Na szczęście oba wraki zaplanowane na niedzielę położone są 15 minut od portu.
Jako pierwszy wrak odwiedzamy Trałowiec (54°36'07,2", 018°47'25,1"). I tu niespodzianka, widoczność miejscami poniżej 1 metra, kilka osób doświadczyło bliskiego spotkania z wrakiem (Ci, którzy nie pływają z wyciągniętymi do przodu rękami). Jednakże kształty jednostki bojowej warte są podziwiania w każdych warunkach. Dość silny prąd na powierzchni i przy dnie zmuszał wszystkich do dużego wysiłku, ale było warto. Dla tych, którzy widzieli już wrak w dużo lepszej wodzie, było to odkrywanie "na nowo", dla tych którzy byli tu pierwszy raz, pozostała motywacja do powrotu.
Po nurkowaniu powrót do portu i godzina odpoczynku w pobliskiej tawernie, tylko Jurek z Mirkiem zostali na pokładzie żeby napełnić butle, dziękujemy.
Po przerwie znów 15 minut "rejsu" i Kanonierka (54°35'28,7", 018°48'08,3"). Tym razem słaba widoczność nikomu już nie przeszkadzała, wreszcie udało się zrealizować plan w 100%, niektórzy mieli nawet okazję spotkania z "oswojonym" dorszem. Dzięki zmąconej wodzie ryby stały się chyba mniej płochliwe, co wynagrodziło nam brak możliwości podziwiania wraku w całej okazałości.
Zanim jeszcze pożegnaliśmy się z załogą Hestii już padł pomysł powtórzenia wyprawy, tym razem na "troszkę" głębsze wraki... c.d.n.
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|-11-|-12-]
| WYPRAWA NA KOPARKI |
22-24.04.2005
Kwiecień. Najwyższy czas, aby po zimowej przerwie rozpocząć sezon nurkowań w polskich wodach otwartych. Takiego zdania jest z pewnością grupa nurków, którzy w dniach 22-24 kwietnia uczestniczyli w zorganizowanej przez CN Nowa Ama wyprawie do kamieniołomu Jaworzno-Szczakowa, znanego wśród nurków jako "Koparki".
Przygody zaczęły się już w piątek wieczorem, gdyż krążenie po śląskich miasteczkach kilku osobom sprawiły niemałe kłopoty - ostatni uczestnicy wyprawy zjawili się już po północy. Nic jednak nie było w stanie stłumić entuzjazmu.
Sobotni ranek przywitał nurków słoneczną, ale chłodną i wietrzną pogodą, faworyzującą niewątpliwie szczęśliwych posiadaczy suchych skafandrów. Niektórzy z nich przekonali się rychło na własnej skórze, jak ważna jest prawidłowa konserwacja i przechowywanie sprzętu (może warto od czasu do czasu zerknąć na odpowiednią stronę w Internecie?).
Na szczęście, mimo najgorszych obaw, woda okazała się całkiem ciepła jak na tę porę roku - komputery wskazywały około 9 stopni, dzięki czemu chłód nie doskwierał nam tak bardzo i nie trzeba było skracać zaplanowanych czasów nurkowań.
Podczas wyprawy każdy z uczestników miał możliwość wykonania czterech nurkowań - akurat tyle, aby bez pośpiechu obejrzeć wszystkie podwodne atrakcje: dużą i małą koparkę, bunkier strzałowego, mostek, ścianki, wrak BMW i wiele innych. Nie sposób też przemilczeć wrażenia, jakie zrobiły na nas ryby, a szczególnie mieszkające nad małą koparką gigantyczne okonie, których rozmiary wydawały się wręcz nienaturalne. I tylko podwodne łąki nieco rozczarowały - rośliny nie obudziły się jeszcze z zimowego uśpienia.
Prawdziwi miłośnicy nurkowania, jakimi niewątpliwie są osoby skupione wokół CN Nowa Ama, nie przepuszczą żadnej okazji by doskonalić swe umiejętności, szczególnie gdy ćwiczenia można połączyć z przyjemnością. I tym razem nie mogło być inaczej. Zatopione koparki to idealne wprost miejsce, w którym początkujący nurkowie, marzący o eksploracji wraków, mogą pod opieką instruktora, po raz pierwszy przekonać się, czym są nurkowania w przestrzeni zamkniętej. Do takiego eksperymentu świetnie nadaje się kabina "dużej koparki". Okazało się, że opłynięcie dookoła fotela kierowcy bez zaczepienia ręką, płetwą lub sprzętem o elementy wraku nie jest wcale takie proste jak mogłoby się wydawać.
Wyprawy organizowane przez CN Nowa Ama to, tradycyjnie już, nie tylko nurkowa przygoda, ale także pretekst to towarzyskiego spotkania przyjaciół i znajomych owładniętych tą sama pasją. Sobotnie popołudnie i wieczór pełne były nienurkowych emocji. O tym, jaką temperaturę osiągnęła atmosfera, mimo że nie była podgrzewana alkoholem, najlepiej świadczy fakt, że doszło do zakładu, w którym stawką był nowiutki automat oddechowy!
Agnieszka Chodkowska-Gyurics
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|-11-|-12-|-13-|-14-|-15-|-16-|-17-|-18-|-19-|-20-|-21-|-22-|-23-| -24-]
| DAHAB, MARZEC 2005 |
06-20.03.2005
Okazało się, że na ten wyjazd każdy z nas czekał niecierpliwie i każdy ze swoich powodów: pierwsza przygoda z nurkowaniem, kolejna przygoda z nurkowaniem, magia Dahab (pipidówka nad Czerwonym), możliwość utknięcia na tydzień w miejscu, gdzie czas nie ma znaczenia...
I dotarliśmy... lotnisko w Sharm El Sheikh... zimno, wieje, ciemno, ale to noc... przynajmniej to było oczywiste, bo reszta... była taka mało egipska. Niektórym uczestnikom od początku przeszkadzał brak lokalnych palm, ale muchy w toalecie lotniskowej bezsprzecznie i niezaprzeczalnie podkreślały egipskość miejsca, w jakim się znaleźliśmy.
Droga do Dahab... a zjawy pustyni pod rozgwieżdżonym niebem uśmiechają się do nas (...)
I zaczęło się, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo... pierwsze spotkanie w hotelowej recepcji... "Powiedzcie coś o sobie" uśmiech Piotrka rozbraja i tak powstała "grupa wsparcia" :)
I do roboty... Rozruch - standard. Tam, gdzie wszyscy... na Lighthouse. Męska część naszej "grupy wsparcia" rzuciła się ochoczo do morza za przepięknej urody czarnowłosą divemasterką, a dla innych rozpoczęła się walka z żywiołem... kurs P1.
I cytat z przyszłej P1: "Zasadniczo wyprzedzałam grupę od początku... podczas zanurzania się po prostu spadałam bezwładnie, po czym nie rokując żadnych nadziei na opanowanie zagadnienia pływalności, potraktowałam instruktora jak holownik (korzystając z jego bezgranicznej cierpliwości), dodatkowo postanowiłam urozmaicić styl nurkowania i płynęłam klasyczną śrubą - tak to bywa, gdy nie dopnie się należycie pasa balastowego..."
I cytat ze świeżo upieczonej P1: "Jednak dzięki temu inni początkujący (P1 z pierwszego tygodnia) mogli pracować nad swoją pływalnością. Przecież ćwiczyć trzeba!"
I cytat z PADI: "Niezłe pranie mózgu musiało być tydzień temu, ale nie taki CMAS straszny... ;)"
A Lighthouse, jak na bardzo lokalną rafę zawsze była pełna niespodzianek... to właśnie tutaj najłatwiej trafić na duże sztuki unicorn'ów, nadymek, rogatnic, skrzydlic, opon samochodowych i... egipskich kotów wodnych ;) Szybkie wrażenia po pierwszym nurku i już montujemy sprzęt na następny... wszystko bardzo sprawnie... jedni szybko się uczyli, drudzy mieli dobrą szkołę i niezłą pamięć ;)
I cytat z przyszłej P1: "Była też jeszcze jedna grupa jednoosobowa, która czuła, że mimo wszechstronnej pomocy dzień, w którym po nurkowaniu usłyszy jakieś dobre słowo nie nadejdzie szybko. Jednak perspektywa zepsucia grupie pamiątkowego filmu (patrz niżej :)) okazała się mobilizująca - wystarczająca by dostać pierwszą gwiazdkę!!!! W końcu jednak zaczęłam patrzeć dalej niż koniec inflatora, ręka instruktora, wskazująca jedyny słuszny kierunek i wesoły ryjek Kamili (widziany kątem oka) - a było na co - wszelkie fotki i filmy wypadają blado w porównaniu z papuzią, spasionym napoleonem i barracudą na żywo - nawet zza maski zalanej wodą do połowy :)"
Popołudnia zawsze wyglądały tak samo: dla niektórych zimne piwko, dla niektórych wykłady... ale nikt nie mówił, że będzie łatwo!
I cytat z przyszłej P1: "Wykłady były pasjonujące - do tego stopnia, że uczestniczyli w nich dobrowolni, stali słuchacze - a może po prostu chcieli wyrównać różnice programowe między CMAS a PADI? :)))"
I cytat z PADI (dobrowolny jak udział w wykładach ;)): "albo pospać przed zbliżającym się wieczorem, bo..."
...wieczorami odbywały się cykliczne spotkania integracyjne. Korzystając z doświadczenia ekipy, która spędzała w Dahab już drugi tydzień, nie mieliśmy problemu z wyborem lokali: Alibaba, Alcapone, Napoleon, Alibaba, Alcapone, Napoleon... i oczywiście wszyscy stosowaliśmy się do przedstawionych zasad bezpiecznego nurkowania "dnia następnego", dbając jednak o własny przewód pokarmowy... niektórzy dbali nie tylko o "własny" - doprowadzając do perfekcji sztukę karmienia kota egipskiego widelcem.
I tak mijały "dni następne"... a wraz z nimi kolejne nurkowania na "lokalesach": 3 Pools, Umm Sid, krwiożercze Caves i Southern Oasis. Każde inne i zachwycające, pełne życia i kolorów, kołyszących się w lekkim prądzie minirybek i taaakich ryb. Każdy z nas szukał czegoś innego... nie było delfinów, rekinów, żółwi... nie było tym razem, ale my jeszcze tu wrócimy i na pewno wtedy będą...
Po rafach lokalnych, w ramach stopniowania emocji "wyprawy o bardzo promocyjnym charakterze", przyszła kolej na najbardziej legendarne nurkowiska Synaju, te o światowej renomie: El Bells, Blue Hole i Canyon. Miejsca magiczne, piękne i niepowtarzalne (tu pozdrowienia dla najlepszego instruktora nurkowania w Egipcie ;)) a jedno z nich okryte szczególnie mroczną sławą... Blue Hole. Studnia, która pasjonuje i przyciąga, gdzie zbyt wielu nurków chciało bardzo poczuć wolność i zmierzyć się ze swoim umiejętnościami...
Nurkowania w tych miejscach pozostają w sercu na zawsze. Nie jest możliwe, żeby zawiodła pamięć, jeżeli chociaż raz ujrzało się Canyon, Bells'y, Siodło, błękitny bezmiar Blue Hole
i jest tam oczywiście bonus... Wielki Łuk (gdzieś tam, pod nami)... tak właśnie powstają kolejne marzenia o nurkowaniu...
Powrót dżipem do bazy upłynął na naukowych rozmowach z dziedziny hydrobiologii. Okazało się, że wiatr i silnik dżipa sprzyja słowotwórstwu... niestety, więcej nie możemy zdradzić... zostaliśmy poproszeni o kulturalne słownictwo... a wszystko przez strzępiela księżycowego ;)
Pełni nowych wrażeń, byliśmy znowu gotowi na następne, bo nazajutrz czekała na nas PRZYGODA.
Gabr El Bint! Przepiękny rezerwat na południe od Dahab. Miejsce, do którego można dotrzeć wyłącznie na garbie wielbłąda, bądź też skorzystać z opcji dla "lekko lękliwych" lub "preferujących aktywny wypoczynek", czyli 1,5-godzinny spacer u boku obładowanego sprzętem zwierzaka... Może tempo nie było tak do końca "spacerowe", ale za to jaki relaks! Spacer pomiędzy urwiskami skał i bryzgającymi falami, po wybrzeżu pełnym przepięknych muszli i korali wyrzuconych przez zbuntowane morze... Tego nie da się zapomnieć! To był jednak dopiero początek... W końcu naszym oczom ukazał się cel wędrówki - dziki, niezamieszkały przez nikogo GABR EL BINT! Niewiele brakowało, abyśmy natychmiast "dali nura", by obejrzeć niesamowite widoki, o których opowiadali nam ci, którzy byli tu przed nami... W końcu Piotr dał znać, że wskakujemy w pianki i całą resztę! Tym razem pobiliśmy rekord w przygotowaniu do zejścia pod wodę... i WARTO BYŁO! Przepiękna dziewicza rafa, cudowny ogród ogromnych gorgonii, mnóstwo bajecznie kolorowych ryb. Tu można dać odpocząć wyobraźni...
Niestety, nadszedł też dzień, w którym nasza przygoda z nurkowaniem na tej wyprawie dobiegła końca... dwa ostatnie zejścia. Pogoda nie pozwoliła zobaczyć nam wężowideł na Eel Garden. Decyzją Piotrka lądujemy na Golden Blocks, wśród dużych koralowych formacji, nad białym piaskowym żlebem gubiącym się w niebieskim Czerwonym.
I na deser perełka - prawie w sercu Dahab - Islands. Jeżeli jesteście w stanie podnieść do fluoroscencyjnej potęgi całą paletę barw, pomnożyć przez wszystkie formy, kształty i wielkości, dodać te najbardziej rozrzeźbione, koronkowe, misterne i wprowadzić efekt tych operacji w lekkie drganie, to jest to właśnie początek Islands... bo koniec przyszedł sam wraz ze znikającym z butli powietrzem. Żegna nas barakuda olbrzymia, pręgi na jej długim cielsku mienią się w słońcu. Na powierzchnię wychodzimy przez "komin" w rafie i ostatnia niespodzianka... na półce "komina" czeka na nas stado skrzydlic... I to tyle (...)
Pamiątkowe zdjęcia przed dżipem i wracamy do bazy, ostatni raz wypłukać i rozwiesić do suszenia sprzęt.
Przed nami... ostania noc. Magiczna liczba dwóch nurkowych piwek, zostaje przełamana. Dziś Piotr już nie grozi palcem... Siedzimy za stołem suto zastawionym miejscowymi przysmakami i stadami kotów w gratisie. Fajka wodna cicho bulgocze, niczym akwalung, w magicznym kręgu palaczy opium (jabłkowego). Śmiejemy się, wspominamy każdy dzień, zabawne sytuacje, zapierające dech w piersiach piersi divemasterki... Dzisiejsza noc nie skończy się tak szybko... Przed nami jeszcze Alibaba, Alcapone, Napoleon... Alibaba, Alcapone, Napolieonkowszczik i driemuczaja tajga... Jak pięknie się wspomina, pod palmami, wspierającymi wirujące o tej porze roku niebo...
Tak jak wiele osób było na wyjeździe, tak tez wiele relacji pewnie by można napisać. Każdy z uczestników wyprawy, o bardzo promocyjnym charakterze, pewnie wniósłby swoje smaczki do repertuaru pamiętnika. Jednak czy o to chodzi, żeby wiernie przelać na papier każdą chwile wyjazdu? To się nie uda, więc zostawmy to w bezkresnych galeriach naszej pamięci, bo dla najbliższych i wszystkich chętnych wrażenia mamy utrwalone na płycie - w postaci filmu z camelsafari na Gabr El Bint. Filmu, którego nie powstydziłyby się profesjonalne stacje telewizyjne ;). Dajmy więc szansę tym, którzy nie posmakowali jeszcze słonej wody Morza Czerwonego, którym obce są ostre okrzyki Beduinów poganiających wielbłądy, zapachy korzennych przypraw i teatralna wirtuozeria targujących się o każdego funta sprzedawców. Także tym, którym obce są malachitowe łąki podwodnych krain...
Jeśli już zasmakowałeś tego pięknego kraju, wrócisz tam na pewno. Natomiast, jeśli twoja pionierska dusza jeszcze tam nie przybyła... sprawdź czy masz ważny paszport zanim wyjedziesz :)
Szczególnie gorące podziękowania przekazujemy Piotrkowi Gliszczyńskiemu za...bezgraniczną cierpliwość, wyrozumiałość i profesjonalne podejście do wszystkich naszych wodnych i lądowych problemów.
Serdeczne podziękowania składamy na ręce Nowej AMY za organizowanie wypraw o różnych charakterach, za możliwość poznania wspaniałych ludzi, których łączy wspólna pasja... nurkowanie.
Kasia,
Sandra,
Kamila,
Rafał.
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|-11-|-12-|-13-|-14-|-15-|-16-|-17-|-18-|-19-|-20-|-21-|-22-|-23-| -24-|-25-|-26-|-27-|-28-|-29-|-30-|-31-|-32-|-33-|-34-|-35-|-36-|-37-|-38-|-39-|-40-|-41-|-42-|-43-|-44-|-45-|-46-| -47-|-48-|-49-|-50-|-51-|-52-]
| KURS NURKOWANIA POD LODEM |
11-13.02.2005
Prawie dwa tygodnie siarczystych mrozów rozwiały dręczące nas wątpliwości, czy odbędzie się organizowany przez CN Nowa AMA kurs nurkowania pod lodem. Nurkowania podlodowe w naszej bazie w Rybakach nad jeziorem Łańskim to już tradycyjna impreza i byłoby jakoś tak dziwnie, gdyby się nie odbyła. Jednak w środę przed wyjazdem wszyscy uczestnicy odetchnęli z ulgą - dostaliśmy potwierdzenie, że lód na jeziorze ma ponad 20 centymetrów grubości... Jedziemy!
Gdy przyjechaliśmy do Rybaków w piątek późnym popołudniem, jezioro przywitało nas piękną taflą grubego, przejrzystego lodu. Reszta dnia upłynęła na rozpakowywaniu sprzętu i wieczornych rozmowach przy kominku. Sobotę kursanci rozpoczęli pierwszym blokiem wykładowym, natomiast ekipa nurkująca turystycznie zajęła się przygotowywaniem przerębli. Pogoda była wprost wymarzona - bezchmurne, błękitnie niebo, słońce i brak wiatru, lekki mróz. Gdy skończył się wykład, podczas którego prezentowane były zagadnienia bezpieczeństwa nurkowań podlodowych, zasady uzbrajania stanowiska nurkowego oraz sposoby komunikacji i asekuracji nurków, wszyscy z zapałem zaczęli przygotowywać się do pierwszych zanurzeń. Pływanie tuż pod taflą, gdy lud jest przejrzysty, nie ma na nim śniegu i świeci słońce jest niesamowitym przeżyciem, zarówno dla tych pod wodą, jak i tych na powierzchni. Nurkowie byli asekurowani nie tylko przy pomocy liny, ale każdy miał na powierzchni swojego "anioła stróża", który chodził za nim po lodzie. Machanie do siebie i stukanie sprawiało wszystkim niesamowitą frajdę.
Gdy po drugim bloku wykładowym (ratownictwo, autoratownictwo, zagadnienia sprzętowe) wyszliśmy w szalejącą śnieżycę, wszyscy zamarli ze zdumienia. Widocznie pogoda postanowiła zapewnić nam szkolenie w zróżnicowanych warunkach... Nocne nurkowanie dla grupy turystycznej odbywało się w iście bajkowej scenerii wirujących płatków śniegu.
W niedzielę rano jezioro pokrywała ponad dwudziestocentymetrowa warstwa świeżego śniegu, dzięki czemu możliwa stała się kolejna atrakcja kursu - odśnieżanie okręgów i linii kierunkowych dookoła przerębli. Podczas tego nurkowania ćwiczyliśmy różne techniki ratownictwa w sytuacji utraty asekuracji z powierzchni i awarii automatu oddechowego. Po skończonej akcji i spakowaniu sprzętu wszyscy zebraliśmy się przy kominku, gdzie rozpoczął się rytuał stempelków i wpisów - jedni potwierdzali kolejne nurkowania stażowe, inni świeżo zdobyte uprawnienia PL1.
Piotrek Gliszczyński, CN Nowa AMA
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|-11-|-12-|-13-|-14-|-15-|-16-|-17-]
| WYPRAWA NA MALEDIWY |
16-25.01.2005
W dniach 16 - 25 stycznia 2005 roku odbyła się wyprawa nurkowa na Malediwy, zorganizowana przez CN Nowa AMA na zlecenie firmy z południa Polski. Podczas wyprawy realizowany był program turystyki nurkowej oraz kurs na stopień CMAS*. Gdy po trwającej blisko 18 godzin podróży wysiedliśmy z samolotu na lotnisku w stolicy archipelagu Male, pierwszą rzeczą jaka poraziła nasze zmysły był upał - przytłaczający, lejący się z nieba żar, przed którym trudno było znaleźć schronienie nawet w cieniu. Wszyscy odczuliśmy ulgę, gdy znaleźliśmy się w końcu na naszej łodzi, gdzie czekały na nas klimatyzowane, przytulne kajuty. Baani Explorer - tak nazywała się nasza łódź, stała się dla nas domem na cały następny tydzień. I to domem nad wyraz przyjemnym - myślę, że każdy chciałby mieć takiego kucharza... Posiłki znikały w tempie ekspresowym, wymiatane do czysta i z apetytem a "negocjacje deserowe" stały się wręcz codziennym rytuałem. Po szybkim zaokrętowaniu się wyruszyliśmy w rejs.
Malediwy to specyficzne miejsce. Jest to archipelag, podzielony na kilka dużych atoli, składający się z około 1200 wysp, z których niecałe 200 jest zamieszkane. Te liczby są dość szacunkowe, gdyż ilość wysp stale się zmienia - co roku część z nich znika pod powierzchnią Oceanu Indyjskiego a na ich miejsce pojawiają się nowe. Celem naszej wyprawy była głównie południowa część atolu Ari, gdzie spędzaliśmy czas pływając od wyspy do wyspy i nurkując codziennie w innym miejscu.
Program wyprawy zaplanowany był tak, żeby każde następne nurkowanie było ciekawsze i trudniejsze, niż poprzednie - związane to było z wymogami prowadzonego kursu. Przez pierwsze dwa dni nurkowaliśmy w lagunach wewnątrz atoli, trzeciego dnia przenieśliśmy się na zewnętrzne rafy, gdzie w pełni mogliśmy podziwiać piękno i różnorodność podwodnego życia Oceanu Indyjskiego. Niecodziennych wrażeń dostarczyło nam nurkowanie w bardzo silnym prądzie (ponad 5 węzłów), nurkowanie na wraku celowo zatopionym ku uciesze nurków, oraz najbardziej niesamowite, nurkowanie z mantami. Widok takiego kolosa, szerokości prawie 3 metrów, wyłaniającego się z toni i przepływającego na wyciągnięcie ręki, robi naprawdę wielkie wrażenie i pozostaje w pamięci na długi czas.
W przerwach pomiędzy nurkowaniami zwiedzaliśmy okoliczne wysepki, zarówno te będące ośrodkami turystycznymi, jak i zamieszkane przez tubylców. Te drugie były zdecydowanie ciekawsze. Zagłębialiśmy się w zupełnie obcym świecie, gdzie życie w cieniu palm kokosowych toczy się powolnym rytmem, w świecie, który można ogarnąć w całości podczas kilkunastominutowego spaceru. Podczas odwiedzin na takiej wysepce ogarnia człowieka spokój, wraca radość życia.
Ostatnią noc rejsu spędziliśmy na bezludnej wyspie, gdzie przy świetle księżyca w pełni i rozstawionych na plaży pochodni świętowaliśmy zakończenie kursu. Nurkowe rozmowy przeciągnęły się do późnej nocy.
Ostatni dzień naszego pobytu na wyspach poświęciliśmy na odpoczynek i zwiedzanie stolicy archipelagu, Male. Z punktu widzenia Europejczyka to dość zabawne, choć bardzo urokliwe miasto. Położone jest na wyspie, którą można obejść dookoła w ciągu niespełna 3 godzin. Zagospodarowany jest tam dosłownie każdy skrawek ziemi, o czym świadczą wąskie uliczki i brak wyraźnego podziału na centrum miasta i przedmieścia. W Male znajduje się kilka ciekawych obiektów, między innymi jeden z najstarszych meczetów na świecie, zbudowany w całości z koralowca.
Ostatnia noc na łodzi, rano pakowanie i podróż na lotnisko. Malediwy pożegnały nas tropikalną burzą, a Wiedeń, w którym mieliśmy międzylądowanie, przywitał nas śniegiem. Po tygodniu spędzonym pod równikiem śnieg wydawał się taki egzotyczny... Następnego dnia rano wylądowaliśmy w Warszawie, również przykrytej śniegiem, zimowej. Jednak wystarczyło zamknąć oczy by znów zobaczyć białe plaże, zielone palmy i lazurowe morze. Gdy żegnaliśmy się na Okęciu, widać było, że każdy już tęskni do tych rajskich wysp i obiecuje sobie, że jeszcze tam wróci... Może kiedyś uda nam się dopełnić tych obietnic.
Piotrek Gliszczyński, CN Nowa AMA
Zdjęcia: [-1-|-2-|-3-|-4-|-5-|-6-|-7-|-8-|-9-|-10-|-11-|-12-|-13-|-14-|-15-|-16-|-17-|-18-|-19-|-20-|-21-|-22-|-23-| -24-|-25-|-26-|-27-|-28-|-29-|-30-|-31-|-32-|-33-]
|
| | | | |
Wspomnienia z roku 2011
Wspomnienia z roku 2010
Wspomnienia z roku 2009
Wspomnienia z roku 2008
Wspomnienia z roku 2007
Wspomnienia z roku 2006
Wspomnienia z roku 2004
Wspomnienia z roku 2003
Wspomnienia z roku 2002
Wspomnienia z roku 2001
Wspomnienia z roku 2000
|
|
|