Grudniowa promocyjna wyprawa CN Nowa AMA do Sharm el Sheikh to już tradycyjny element naszego nurkowego kalendarza, od kilku lat cieszący się ogromnym powodzeniem. Jednak w tym roku zainteresowanie tym wyjazdem okazało się rekordowo duże - już po dwóch tygodniach od ukazania się oferty (w sierpniu) lista uczestników była pełna. Ponieważ okazało się, że nie możemy rozciągnąć jej "w pionie" (60 miejsc w samolocie to wszystko, czym dysponowało nasze biuro podróży), postanowiliśmy rozciągnąć ją "w szerz" i dodać drugi termin... Jego zapełnienie trwało niecały miesiąc... I tak pojawił się trzeci termin, który wypełniał się chętnymi nie wolniej niż poprzednie. Niestety, dalsze rozciąganie nie było możliwe już w żadną stronę i z żalem musieliśmy zacząć mówić "niestety, już nie ma wolnych miejsc..."
O przygotowaniach do tej imprezy, które trwały praktycznie całą jesień, można by pisać bardzo długo - zebranie danych od takiej ilości osób, rozmieszczenie ich w pokojach, żeby każdy był zadowolony, ustalenie podziału na łodzie i grupy nurkowe... to wszystko nie było takie proste, jak przy "normalnym" wyjeździe, nie mówiąc już o przydzieleniu wypożyczanego sprzętu. To była przygoda sama w sobie i najważniejsze, że udało się wszystko dopiąć, tak, że działało zgodnie z planem (oczywiście często dynamicznie zmienianym...) 
W końcu nadszedł poniedziałek, 27 listopada, ostatni dzień przed wylotem - we wtorek o 4 rano spotykamy się na lotnisku, o 6 ma wystartować samolot z pierwszą grupą... No właśnie, ma wystartować, ale czy wystartuje...? Od rana Warszawę, jak większość kraju, spowija gęsta mgła, dominującym tematem wszystkich wiadomości są problemy na lotniskach, na Okęciu także. Przez cały dzień, do późna w nocy, dostaję masę telefonów - czy aby na pewno polecimy? Przedstawiciele linii lotniczych zapewniają, że tak... Przyjeżdżamy na lotnisko, wciąż przykryte kołderką mgły... W hali odlotów widać grupki koczujących podróżnych, wielu z nich czeka tak już od wielu godzin, na wielkiej tablicy na ścianie dominują dwa słowa - delayed i cancelled... Przy naszym locie żadnej adnotacji, więc może jednak się uda... Nasza nadzieja rośnie, kiedy rozpoczyna się odprawa bagażowa, zamienia się w prawie pewność, kiedy otwiera się bramka do odprawy pasażerskiej... Gdy siedzimy w samolocie wszyscy oddychają z ulgą - stąd już nas chyba nie wyciągną... Nie wyciągnęli, polecieliśmy. Jak się okazało, mieliśmy wiele szczęścia, o czym pisały nawet gazety - według doniesień prasowych nasz samolot był jedynym, który tego dnia wystartował z Okęcia (w innej gazecie napisali, że jednym z sześciu).
Na Synaju mgły już nie ma (tego by jeszcze brakowało), lądujemy bez problemu, szybka odprawa na lotnisku i jedziemy do hotelu. I tak zaczyna się kolejna nurkowa przygoda, tym razem w trzech aktach. Wzięło w niej udział łącznie 146 nurków (w tym 12 kursantów) i 36 osób towarzyszących... Zapraszam do lektury ich wspomnień...
Piotrek Gliszczyński, CN Nowa AMA

28.11 - 05.12.2006 - Kurs P1
Rok 2006 był dla nas najbardziej pracowitym od wielu lat. Ale opłacało się - pod koniec roku pojechaliśmy na wakacje życia . Wszystko zaczęło się od niewinnego wypadu za miasto w niedzielne przedpołudnie z kolegą, który mając P3 uparł się, że pokaże nam jaka to fajna sprawa, to nurkowanie. Co tu dużo mówić - z tego wypadu wróciliśmy z postanowieniem, że zapiszemy się na P1.
Pomalutku - zaczęliśmy od P0 na basenie. Ale w perspektywie mieliśmy wyjazd do Sharm el Sheikh na przełomie listopada i grudnia. Przez 3 miesiące odliczaliśmy dni do wyjazdu, aż w końcu nadszedł TEN dzień . A tu nad Warszawą mgła jak cholera... Prawie wszystkie loty odwołane. Stawiliśmy się jednak nad ranem na lotnisku pełni nadziei, że mimo wszystko wylecimy... Nie wiem, kto pilotował nasz samolot, ale nie brakowało mu zimnej krwi . Został nawet następnego dnia opisany w Rzepie jako młody, dzielny pilot, który o 6 rano wystartował ze spowitego mgłą Okęcia... Możecie sobie wyobrazić, że facet zaskarbił sobie naszą dozgonną wdzięczność .
Co do samego pobytu i wrażeń to doprawdy brak słów żeby opisać te wszystkie emocje...
Pierwsze nurkowanie - luzik, przecież trenowaliśmy na basenie... gdyby nie to że ni stąd ni zowąd zaczęłam się hiperwentylować... PANIKA! Nie wiem kto był bardziej przerażony, ja czy mój mąż, który płyną ze mną w parze ;-) Dobrze, że instruktor zachował zimną krew - Leszku, dzięki ci za spokój i opanowanie...
Mój mąż od samego początku czuł się jak ryba w wodzie, a raczej pod wodą , ja natomiast po przygodzie na pierwszym nurku nie mogłam się przemóc i od tamtej pory pływałam za rączkę z instruktorem. Do czasu aż... któregoś dnia po wdrapaniu się na łódkę oznajmiłam dumnie mężowi, że puściłam się pod wodą... od tamtej pory puszczałam się notorycznie z każdym instruktorem 
Mój małżonek na pewno był ze mnie dumny 
Jedno, z czym nie umiałam się uporać to potworną chorobą morską, która uniemożliwiła mi wizytę w Ras Mohammed. Była to chwila, w której mój mąż poważnie zwątpił, czy jednak uda mi się ukończyć ten kurs. Widocznie jeszcze mnie nie zna!!! ;-)
Każde nurkowanie przynosiło nowe emocje i doznania. Trudno powiedzieć, co zrobiło na nas większe wrażenie: czy widok zatopionego wraku Thistlegorm, czy wschód słońca nad Morzem Czerwonym. A może to Blue Hole i wielki błękit w Dahab, gdzie w końcu mój mąż doczekał się chwili, kiedy to płynąc z nim w parze puściłam się na całego i tak mi już zostało . To ten moment zaważył na moim "być albo nie być" licencjonowanym płetwonurkiem .
Egipt i jego specyfika urzekła nas oboje nie tylko pod wodą, ale i na lądzie. Zwroty: Relax ;-) no problem ;-) don't buy - just look ;-) a także jeżdżenie pod prąd i bez świateł, wszechobecne busiki i trąbiące taksówki, zatłoczony port o poranku i wieczorem no i szisza w sklepie to niezapomniane wrażenia. No i oczywiście targowanie się o cenę. Mój mąż chyba przejdzie do historii jako ten, który zapłacił najwięcej za krem do opalania - 90 egipskich funtów ;-)
Nie możemy też zapomnieć o fantastycznym jedzeniu i obsłudze na naszej łódce "Sea Star". Tu nawet choroba morska została pokonana przez moje łakomstwo .
Na koniec nie możemy zapomnieć o wymienieniu tych wszystkich fantastycznych ludzi, których poznaliśmy dzięki nurkowaniu. Naprawdę rzadko się takich spotyka. I z tego miejsca pozdrawiamy serdecznie Gosię i Roberta, Piotra, Krzysztofa, Bożenkę, Wiolę, Sylwię, Anię i Andrzeja, Seweryna, Pawła, Wojtka, no i oczywiście Pierzaka, Leszka, Piotrusia no i prezesa we własnej osobie, czyli Jacka 
Tyle od nas - szkoda tylko, że z kolejnym nurkiem musimy czekać aż do wiosny...
Zakochana para: Bartek i Barbara 
PS: Ja od siebie chcę serdecznie podziękować Lechutkowi i Misiowi Panda za to, że znosili dzielnie moje paznokcie wbijające się w ich pianki ;)
Buziaki - Basia
Sharm el Sheikh - promocyjne wyprawy nurkowe...
Tekst: Basia i Bartek Kęczkowscy
Zdjęcia: Basia i Bartek Kęczkowscy, Sylwia Hoffmann, Gosia Kujko, Robert Wiśniewski i Krzysztof Mędza

05 - 12.12.2006
Przychodzi taki moment w życiu początkującego nurka, kiedy dowiaduje się wreszcie co to znaczy przyjemnie nurkować, nie taplać się w burej breji, gdzie na głębokości 10 metrów robi się zimno, ale schodzić na metrów 30 (choć uprawnienia mamy tylko do 20...), widzieć wszystko dookoła, pływać bez rękawiczek, bo po co komu rękawiczki w tak ciepłej wodzie i zachwycać się wszystkim. Tak to właśnie jest pojechać na nurkowanie do Egiptu, a dokładniej mówiąc do Sharm el Sheikh i nurkować w cieplutkim czyściutkim Morzu Czerwonym.
Taki młodziutki, początkujący nurek jak ja oczywiście nie wyobraża sobie bogactwa, które kryje w sobie morze. Przez pierwsze dwa, trzy dni zachwyca się każdym drobiazgiem, malutkimi rybami, które pływają niedaleko raf i wydaje mu się, ze to już wszystkie cuda, jakie można tam ujrzeć. Nic bardziej błędnego! Po trzech dniach młody nurek, który z każdym dniem czuje się coraz bardziej doświadczonym nurkiem, robi się też nurkiem coraz bardziej wybrednym... Już nie cieszą go drobne rybki, wręcz nudzi go widok ciągle tych samych ławic kilku(nasto) centymetrowych rybek... Teraz rozpoczyna się polowanie na coś naprawdę ciekawego... A toń kryje w sobie o wiele ciekawsze stworzenia...
Tak zaczęła się moja przygoda z rybami i innymi zwierzętami morza. W życiu nie myślałam, że morskie stworzenia kiedykolwiek będą mnie interesować, a na pewno nie na tyle, żeby próbować bawić się w ichtiologa (kiedyś marzyłam żeby być ornitologiem, ale po dwóch latach biegania za sikorkami po krzakach nieco mi przeszło...). Jednak kiedy zanurkowałam kilka razy w Morzu Czerwonym poczułam, że mam dość dzielenia się przeżyciami podwodnymi na zasadzie "A widzieliście tę fajną czerwoną rybę w kropki? A tę długą?". Dlatego trzeciego dnia wieczorem pomknęliśmy szaloną taksówką do Naama Bay (nieco bardziej ekskluzywny deptak) i po długich targach udało mi się nabyć przepiękną książkę ze zdjęciami i opisem morskich stworzeń, głównie rybek, choć jest tam też rozdział poświęcony innym organizmom, jak gąbki, korale czy jeżowce.
Od tej pory moje nurkowania wyglądały trochę inaczej. Co wieczór do poduszki przeglądałam zdjęcia, czytałam opisy a w trakcie nurkowania byłam dumna, że przynajmniej kojarzę nazwy rybek, które mnie mijają. Od tego też czasu w moim dzienniku nurkowym pojawiły się nazwy, a nie tylko nieudolne próby zdefiniowania "tej dużej ryby z dużymi zębami..."
Nurkowanie w Egipcie nie jest takie proste jak się człowiekowi wydaje. Żeby znaleźć się w wodzie należy najpierw dojechać do portu, co jest (przynajmniej na początku) przeżyciem dość traumatycznym, gdyż kierowcy busów jeżdżą mniej więcej tak jak kierowcy taksówek, czyli szybko i bez żadnych zasad. Następnie należy przejść przez dwie kontrole, gdzie groźnie wyglądający panowie w uniformach przeglądają plecaki wszystkich grup nurkowych. Kolejnym krokiem jest zapakowanie się na łódź, czyli skok z molo na rufę. A potem to już tylko skręcenie sprzętu i oczekiwanie, aż łódź dopłynie na miejsce i po krótkim briefingu i trochę dłuższym wbijaniu się w piankę można będzie skoczyć z rufy do wody i zanurzyć się. Taki schemat powtarza się co dzień.
Moje pierwsze nurkowanie, czyli Ras Katy, patrząc z perspektywy czasu nie było niczym szczególnym, choć wtedy wydawało mi się, że to szczyt nurkowych marzeń, szczególnie po doświadczeniach z jeziora. Trudno było nam się zanurzyć (wszyscy dostawali standardowo 10 kg na pasie balastowym, co dla większości okazało się za małym ciężarem o co najmniej dwa kilo) i na początku miałam dziwne wrażenie że woda morska jednak różni się od jeziorowej - choć trudniej się zanurzyć, to łatwiej jest utrzymać pływalność (być może dlatego, że jest o wiele lepsza widoczność... nie wiem...). Na nurkowaniu popołudniowym, czyli w Ras Umm Sid szło mi już o wiele lepiej, bo miałam na pasie o dwa kilo więcej i w końcu miałam wrażenie, że panuję choć trochę nad swoją pływalnością...
Muszę przyznać, że z dnia na dzień nurkowało mi się po pierwsze o wiele lepiej, po drugie w coraz ciekawszych miejscach. Drugiego dnia nurkowaliśmy przy pionowej rafie w Ras Nasrani, pod nami głębia, po prawej toń... Widzieliśmy też bardzo ciekawe miejsce, które nazwałam Magic Place - "polana" otoczona skałami a na jej dnie przytwierdzone kółka, przez które nurek może przepłynąć. Po południu natomiast czekał na nas przepiękny kanion White Knight, gdzie można było się poczuć jak ryba między skałami... Trzeciego dnia dwie rafy w cieśninie Tiran (Woodhouse i Jackson), pełne kolorowych rybek oraz niesamowite nurkowanie nocne w miejscu zwanym Temple, w którym po wyłączeniu latarek trójka płynąca z przodu stała się postaciami z powieści science fiction unoszącymi się nad krajobrazem księżycowym... Czwarty dzień nurkowy uważam za najbardziej udany. Po pierwsze udało nam się, mimo dość sporego prądu, dopłynąć wzdłuż Shark & Yolanda Reef do wraku statku, który przewoził urządzenia sanitarne i mogliśmy nacieszyć się widokiem tysięcy kibelków leżących na dnie oraz wanien, które wyglądają jak tekturowe porośnięte tacki. Tam też miało miejsce nasze spotkanie z napoleonem... Po południu natomiast mieliśmy najprzyjemniejsze, długie (prawie godzinne) nurkowanie pełne ciekawych podwodnych spotkań w Jackfish Alley. Kolejny dzień nurkowy nie był tak udany, być może dlatego, że mieliśmy innego przewodnika, który nie do końca panował nad grupą. Rano pływaliśmy przy pionowej rafie Ras Za'atar, która niestety nie kryje w sobie żadnych ciekawostek, może poza czerwonym anemonem. O wiele lepiej było po południu na Ras Ghozlani, gdzie mieliśmy kilka ciekawych spotkań i odwiedziliśmy królestwo Nemo... Ostatni dzień nurkowy w Dahab był dla wszystkich niespodzianką. Zupełnie inaczej nurkuje się z brzegu, szczególnie jak na samym początku trzeba zejść (na szczęście niekoniecznie głową w dół) 30 m w dół rynną w skale, w miejscu zwanym El Bells a zakończyć nurkowanie w Blue Hole, gdzie człowiek w pewnym momencie zawisa w wielkim błękicie... I na sam koniec smaczek, czyli ostatnie nurkowanie w Canyon. Przepiękne miejsce, kanion, do którego można wpłynąć między skały albo popatrzeć z daleka jak unoszą się z niego bąbelki z automatów siedzących tam nurków, co sprawia wrażenie jakby cały kanion wypełniała woda sodowa...
Sharm el Sheikh - promocyjne wyprawy nurkowe...
Tekst: Agnieszka Kostera-Kosterzewska
Zdjęcia: Ola i Olek Mokrzyccy, Agnieszka Nalewajko, Robert Drążykowski

12 - 19.12.2006
Sacrum
Jest na ziemi jedno moje małe miejsce, gdzie poza biciem serca nie liczy się nic więcej...
Nie będzie to pamiętnik. Nie napisze Wam, jakie bogactwo niesamowicie ubarwionej fauny spotkacie w Morzu Czerwonym, nie będzie też o lasach gorgonii, pięknych koralach, bajkowym świecie dla wybrańców i wszystkim co możecie znaleźć podczas takiej wyprawy. Będzie o fascynacji, wrażeniach, o uczuciach jakich doznałam. Spróbuję słowami "pokazać" Wam czego doświadczył ktoś, kto według standardów szkoleniowych Nowej Amy nawet jeszcze nie jest nurkiem. Logbook prawie pusty, sześć (s-z-e-ś-ć) wpisów łącznie z kursem - nurek PADI, ale jestem odważna - zdecydowałam się na wyjazd! Później momentami sama siebie wprawiałam w przerażenie, ale nie żałuję decyzji, ani tez nie zmieniłabym choćby jednej przeżytej tam nurkowej chwili (były też i trudniejsze momenty).
Sharm w telegraficznym skrócie, bo o MOIM DAHAB będzie tu mowa.
Rozruch na Ras Katy. Jak cudownie jest znowu wskoczyć do wody i usłyszeć dźwięk wydychanego powietrza, stan nieważkości i lekkości pod woda... Wiem, że ta rafa to tak naprawdę nic ciekawego, ale mnie, jak małe dziecko, cieszy woda pełna małych strzępieli wśród których czuję się częścią ich świata. Potem Ras Umm Sid, Ras Nasrani, White Knight. Zaglądam w prawie każdą dziurę, możliwe ze bardziej przypominam wydrę w wodzie niż nurka (z nieokiełznaną pływalnością też) , ale ja jeszcze nie nacieszyłam się tym co robię, jeszcze jestem taka nienasycona. Mam w sobie ogromne pokłady energii i nie da jej się od tak stłumić, poza tym nurkowanie naprawdę mnie kreci!
Tiran. Ale wieje! Wskakujemy wśród okrzyków: go, go, go, ale od pierwszego do ostatniego skoku jesteśmy rozpirzgnięci, że ledwo ogarniamy się wśród tego bujania wzrokiem. Zanurzenie i już jest o wiele lepiej. Tego dnia jest nocne nurkowanie. Po odprawie Piotrek (właściwie nie pyta) mowi: to co, idziesz... Jestem szalona! Dziwne, ale nocne to moje najdłuższe (wtedy) nurkowanie w życiu! W końcu mam zajętą prawa rękę, więc nie używam jej do pływania a w mrocznych warunkach mnie nurkuje się lepiej. Jakoś tak ciszej, większy spokój, inne kolory, nawet się nie spodziewałam, że tak to będzie wyglądało. Każda smuga światła latarki wyłania coś nowego, a mnie takie odkrywanie po troszku podoba się o wiele bardziej. Takie dozowanie tajemniczych widoków, a co za tym idzie i wrażeń, niesamowicie działa na moją psychikę... Inny wymiar! 13 nurkowanie w życiu - bardzo ekscytujące, niezapomniane przeżycie.
O Blue Hole nie wiedziałam zbyt wiele, ale nie dlatego, że nie chciało mi się przeczytać. To miejsce chciałam przyjąć w najprostszej formie, takim jakim mi się objawi w pierwszym kontakcie - żywioł. Bellsy potraktowałam jak super jazdę torem saneczkowym (tego się teraz trochę wstydzę), "wypad z rynny" i moim oczom ukazał się obraz... Boże, nie zapomnę tego do końca życia! Choćbym wymieniła tysiące odcieni koloru niebieskiego nie wiem, czy udałoby się oddać ten jedyny, niepowtarzalny, jego nasycenie, głębię. I nie ma tu tak doskonalej przejrzystości wody, jakby ktoś sypnął garścią mieniącego się złotego pustynnego piasku, ale to jeszcze bardziej dodaje uroku (przynajmniej tak ja to zapamiętałam). Na chwilę wszystko zwolniło, obrazy rejestrowane klatka po klatce, słyszę bicie własnego serca. To co objawiło się moim oczom, pobudziło także inne zmysły, uśpione na odczuwanie piękna w wielkomiejskiej, szarej, zapędzonej codzienności. Teraz także słuch i dotyk chce "zobaczyć", co wywołało takie poruszenie.
A ja, ja nie wiem co się ze mną dzieje. To znaczy fizycznie wszystko jest w porządku, żyję, oddycham, ale mentalnie... niesie mnie... odnalazłam Cię, odnalazłeś mnie...
Moc tego miejsca powala, poraża swoją wielkością, ale jednocześnie napawa mnie ogromnym szczęściem i rozpala zmysły. Blue Hole nauczył mnie patrzeć, patrzeć inaczej - głębiej. Umocnił wiarę we własne możliwości i przekonanie nieistniejących ograniczeń, pozwolił poznać samą siebie, pozostawił niezatarte wrażenia! Kolejne nurkowanie w Canyon było już zupełnie inne, rozważniejsze, mądrzejsze - cudowne, spokojne 62 minuty. Jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, jakie widziałam. Niesamowity widok unoszących się bąbelków powietrza nad komnatą... magia. Nie, tego Wam nie opowiem, nie chcę odbierać Wam przyjemności zobaczenia tego na własne oczy.
Dziś, gdy słyszę Sacrum powracam myślami do tamtych chwil, moja twarz promienieje, bo wiem że jest na ziemi jedno moje małe miejsce, gdzie poza biciem serca nie liczy się nic więcej...
Taaaaak, tu powinnam zakończyć moje opowiadanie, pozwolić Wam zamknąć oczy i nurkującym życzyć, aby powróciły ich własne wspomnienia, a tych którzy zamierzają rozpocząć swoją przygodę z nurkowaniem i jedynie strach ich powstrzymuje przed realizacją pragnień, utwierdzić w przekonaniu, że dla takich mistycznych przeżyć warto przełamać wszelkie opory. Mogłabym też nie przyznawać się, że po nurkowaniach w Dahab płakałam. Ale chciałabym Wam uświadomić jak wielkie wrażenie to na mnie wywarło. Nagromadzone tego dnia emocje musiały znaleźć ujście, bo przecież są też łzy szczęścia, radości i spełnienia.
Piotrusiu, dziękuję za pomoc w urzeczywistnieniu marzeń - marzeń o Wielkim Błękicie, zafundowałeś mi najwspanialszy prezent na nurkową 18tkę. Niezmiernie wdzięczna jestem Kamce za opiekę, jaką mnie otoczyła, za czujność, dobre rady i cudowne nurkowe opowiadania, a Nowej Amie dziękuję za moc wrażeń i bagaż doświadczeń, jakie wyniosłam z tej wyprawy. Do zobaczenia już niedługo!
Sharm el Sheikh - promocyjne wyprawy nurkowe...
Tekst: Asia Kobus
Zdjęcia: Asia Kobus i Kasia Nizioł
|