I tak oto... w końcu... pojechaliśmy do Egiptu!!! Tym razem już nie jak to było w latach poprzednich gadki szmatki i nici z wyjazdu. W końcu ustaliliśmy termin i razem z Cześkiem wsiedliśmy do samolotu odlatującego do Sharm. Nasz pierwszy raz w Egipcie. Ale po kolei...
Kiedy w końcu dojrzeliśmy do tej wiekopomnej decyzji natknęliśmy się na ogłoszenie na internetowej stronie CN Nowa AMA z Warszawy. Trzy terminy wyjazdów do Sharm El Sheikh w grudniu. Niestety okazało się, że termin nr 1, który nas interesował już jest zajęty - też się ludziskom chce szlajać po świecie i nurkować. Chcąc nie chcąc, ponieważ drugi termin nam nie pasował, wybraliśmy ostatni wyjazd czyli... kochane żonki nie będziemy wam przeszkadzać w porządkach świątecznych i strojeniu choinki, ale na pewno na święta wrócimy, więc... ugotujcie coś dobrego. Po załatwieniu wszelakich spraw formalnych i niestety finansowych, spakowaniu szpeju nurkowego, 10 grudnia wieczorem pakujemy Czesia furę i żegnani przez kochające żony (potem się okazało, że bawiły się równie dobrze jak my - a może i lepiej) ruszamy do Warszawy. Stolico drżyj! Hanysy nadchodzą! Na miejsce docieramy 11 grudnia około godziny 3 nad ranem, zostawiamy samochód na parkingu, a bus dowozi nas na Okęcie. Do odlotu mamy ok. 5 godzin wiec rozkładamy się wygodnie na galerii i na zmianę to robimy kółka po pustej hali odlotów to kimamy na worach. Koło godziny 6 hala zaczyna się zapełniać pasażerami, a my powoli zaczynamy rozglądać się za naszymi organizatorami. I jest nareszcie nasz organizator i pierwsze miłe zaskoczenie - do rączki dostajemy bilety lotnicze oraz ulotkę z informacjami - z kim śpimy w hotelu i w jakim pokoju (niestety okazało się, że cały tydzień sypiamy razem w jednym pokoju - to na pewno sprawka naszych pań), na jakiej łódce pływamy, którą skrzynkę na szpej nurkowy nam przydzielono i z kim nurkujemy w grupie. My załapaliśmy się najbliżej koryta - nurkiem prowadzącym naszej grupy jest Prezes Nowej AMY - Jacek Paradowski. Było też coś o alkoholu ale pisał to jakiś niedoświadczony nurek lub żartowniś więc pominęliśmy ten fragment. Po odebraniu papierów padło hasło - do samolotu. Ustawiamy się grzecznie w kolejce i po 15 minutach ładujemy wory na wagę - mamy 20 kg nadbagażu. Z uroczym uśmiechem pani odsyła nas do kasy Centralwings w celu uiszczenia 150zł opłaty za pakiet nurkowy, czyli no limits (po polsku - "no prawie wszystko do nurkowania możesz zapakować"). Do bagażu podręcznego bierzemy tylko automaty, komputery i sprzęt foto. Kolejny etap - odprawa paszportowa, zakupy w duty free shopie (środków odkażających), boarding i już siedzimy w samolocie.
Start o właściwym czasie i po 4 godzinach i 15 minutach, w trakcie których próbowaliśmy nadrobić braki snu (próby spaliły na panewce bo wypiliśmy tylko po małej buteleczce Jasia Wędrowniczka zakupionego u stewardesy, a sąsiedzi mieli zdecydowanie większe buteleczki, wcale nie chciało im się spać i jeszcze bajerowali nurczynię z naszej grupy - nie muszę dodawać, że ci źli nurkowie nie byli z nami), lądujemy w Sharm el Sheikh. A na lotnisku w Sharm jak na Okęciu tylko na odwrót. Wiza (15$), odprawa paszportowa, bagaż, zakupy w duty free shopie (kolejnej partii środków odkażających) i boarding tyle, że do autobusów podstawionych przez touroperatora. Po 15 minutach jazdy jesteśmy w hotelu, gdzie witają nas Jacek Paradowski i Piotrek Gliszczyński. Dostajemy karty meldunkowe, gustowne opaski na rąsie (przepustka do koryta) i klucze. Bagaże za drobna opłatą dostarczyła obsługa hotelowa. Pokoik całkiem, całkiem - balkon łazienka, dwa łóżka, TV (o programie później), sejf i lodówka (niestety pusta). No to trzeba się rozpakować co czynimy błyskiem i przechodzimy do zabiegów higienicznych. Przed kolacją Jacek organizuje spotkanie na którym przekazuje nam szczegóły organizacyjne i odpowiada na pytania. Potem leci już szybko - kolejna porcja środków odkażających (Jacek wspominał coś o profilaktyce przeciw "zemście faraona" tyle, że nie spamiętaliśmy czy chodziło o 25g, 250g czy 2500g na ryjodobę), kolacja i... ostrożności nigdy dość. W końcu po 32 godzinach bez snu odlatujemy w niebyt i nie przeszkadzają nam nawet stada dzikich, napalonych komarzyc, które, z bólem przyznaję, już do końca naszego pobytu upodobały sobie przede wszystkim moją D... . Następnego dnia rano rześcy i wypoczęci pędzimy o 7 na śniadanie i o 7.30 pakujemy się do busików, które mają zawieść nas do portu. I tu pierwsza wpadka bo dwóch nurów nie przestawiło zegarków (Egipt - czas Warszawa+1h) i smacznie chrapało sobie w pokojach, kiedy Jacek wyrwał ich z objęć Morfeusza. Z półgodzinnym poślizgiem docieramy do portu, gdzie po kilku kontrolach policyjnych wchodzimy na pomost i czekamy na łodzie. Egipskim organizatorem nurkowań w Sharm był Sinai College. Manager SC, którego poznaliśmy już rano przed hotelem, załatwia pozwolenia na wypłynięcie, więc po chwili nasze dwie łódki przybijają do pomostu. My pakujemy się na łódź o dźwięcznej nazwie "Siostra Alex" (Sea Star Alex). Zdejmujemy butki (na pokładzie chodzimy boso) i przygotowujemy sprzęt do nurkowania - w między czasie odpływamy na pierwsze nurkowisko. W pierwszym dniu płyniemy na lokalne nurkowiska, więc po ok. 20min jesteśmy na miejscu - Ras Katy to miejsce wybrane na pierwszego nura. Miejsce w sam raz na wyważenie i sprawdzenie samopoczucia i umiejętności nurków.
Po krótkiej odprawie na której Jacek przedstawia nam plan nurkowania, najnowszy podział prądów morskich (current, big current i current... oh my God), wbijamy się w pianki i 2 pierwsze grupy skaczą do wody, a po chwili 2 kolejne (żeby nie robić zamieszania). Z łodzią Piotra stoimy burta w burtę więc widzimy, że u nich odbywało się to podobnie. Ale wracajmy do wody. Pierwszy kontakt z wodą morza Czerwonego i alubutlami - trzeba się doważyć. Dokładamy ołowiu i zaczynamy nurkowanie. Na początek 40 minut i 20m. Małe kłopoty z brakiem powietrza u jednego z nurów, ale wspólnymi siłami dajemy sobie jakoś radę. Wprawdzie mieliśmy jeszcze trochę powietrza i chcieliśmy ponurkować ale Jacek wykopał nas na powierzchnię. Na pierwszy raz starczy. Po nurkowaniu wymieniamy butle na pełne, czekamy na pozostałych i płyniemy kawałek dalej na kolejnego w tym dniu nura. Po ok. 2h przerwy i kolejnej odprawie zakładamy sprzęt i znowu do wody. Tym razem już bez problemów robimy 45-cio minutowego nura. Po wypłynięciu składamy graty do przydzielonych skrzynek, wieszamy pianki na pokładzie i czekamy na lunch. Lunch w formie szwedzkiego stołu podany przez załogę smakuje znakomicie (ryż, makaron, sałatki, trochę padlinki, itp, itd.). A zapomniałem - na łodzi jest lodówka a w niej woda i cola, dostępne w dowolnej ilości, tak samo kawa i herbata. Po lunchu wszyscy zalegają na pokładzie, a szyper odpala "katarynę" i kula łajbę do portu. Po przypłynięciu do portu zabieramy tylko automaty i komputery do hotelu, reszta pozostaje na łodzi. W hotelu jesteśmy ok. 16.00 - 16.30. Zaczynamy od płukania wszystkiego co nie zostało na łodzi, a miało kontakt ze słoną wodą. Po 17 mamy trochę czasu na zabiegi higieniczne (higiena zewnętrzna i wewnętrzna), a o godzinie 19 idziemy na kolację. Po kolacji wracamy do pokoju gdzie próbujemy obejrzeć jeden z przywiezionych z Polski filmów ale podczas całego tygodnia udało nam się zobaczyć cały jeden i to na raty. Miejscowa telewizja też nas nie rozpieszczała, programy były albo arabskie albo ruskie albo niemieckie. Na niemieckich mogliśmy przynajmniej pooglądać biatlon i biegi narciarskie, co było ciekawą odmianą, ale jak tylko zbliżał się PŚ w skokach to kończyły się transmisje i zaczynały "wypasione" niemieckie kryminały. Był jeszcze BBC World ale nie dotrwał do końca tygodnia. Jeżeli chodzi o pozostałe media, to była jeszcze kawiarenka internetowa w hotelu ale sieć nie chodziła tylko się czołgała. Więc na pierwszym razie Czesiek zakończył swoje w niej wizyty. Do e-kawiarenki do miasta nie chciało się nam ruszać, ale jak zwykle z pomocą przyszedł nam przypadek. Pod koniec wyjazdu podczas zabawy ze zdjęciami na balkonie laptop przez WiFi zalogował się do sieci. INTERNET JEST WSZĘDZIE - jak głosi slogan reklamowy któregoś z operatorów. My dodamy - czasami nawet otwarty i niezabezpieczony. I tak przez dwa dni utrzymywaliśmy łączność z krajem.
Jeżeli chodzi o inne rozrywki to w hotelu była mała kawiarenka i sklepik. Na terenie hotelu był basen i knajpki na świeżym powietrzu ale wieczory w grudniu są już dosyć chłodne i przesiadywanie na zewnątrz nie należy do przyjemności. Można nawet próbować pływać w basenie ale obsługa jakoś dziwnie jest nerwowa - chyba nie słyszeli o nurkowaniach podlodowych. I tak padła ostatnia możliwość spędzenia czasu w hotelu, a do miasta nie chciało nam się jechać, nawet na zakupy. Jedynym odstępstwem od codziennej rutyny był Ahmed - zapoznany Beduin, który zaaplikował nam shishę (nargile) o smaku ananasa i jabłka. Jeżeli zahaczyliśmy już o pogodę to w dzień temperatury były w granicach 20 - 25 stopni, a w nocy temperatura spadała poniżej 20 (nie mieliśmy termometrów, ale wydaje mi się, że było nawet mniej niż 15). W dzień generalnie nie było problemu - w słońcu było przyjemnie, ale od 3 dnia zaczął wiać dość silny wiar, co sprawiło że trzeba było się chować po kątach. Przynajmniej na łodzi. Ludzie na plaży w zatoczkach nie mieli tego typu problemów i korzystali z kąpieli słonecznych i tych normalnych. I tak sielsko i anielsko minęło 5 dni w których, zrobiliśmy 10 nurków, delektując się "pięknymi okolicznościami przyrody", wolnością i swobodą. A szóstego dnia, w ramach dodatkowej opłaty, prawie cała ekipa postanowiła odwiedzić Mekkę braci nurkowej - Dahab i zaliczyć nurka w Blue Hole. Już od 2 dni pracowałem nad Jackiem, wspominając o niesamowitych formacjach skalnych i możliwości przejścia pod jedną z nich, ale albo uciekał albo przestawał słyszeć, a na koniec zamienił naszą grupę i tyle go widzieli. O godzinie 3.30 rano zerwaliśmy się z łóżek, dopakowaliśmy resztę niezbędnych rzeczy, wymyliśmy ząbki, odebraliśmy śniadanie z recepcji i do busików. Jazda do Dahab trwała ok. 1.5h. Po drodze przechodziliśmy kontrole na rogatkach miast, a dokładnie nasi kierowcy. Egipcjanie chyba wzięli sobie do serca to, że ropy mają mniej niż Arabia Saudyjska, ale za to turystów więcej. Droga z Sharm do Dahab to praktycznie 2 pasmowa autostrada i jedzie się jak po sznurku, przynajmniej nasz kierowca robił wszystko żebyśmy przyjechali wcześniej niż wyjechaliśmy z hotelu. Nasza Toyotka wyła i stękała ale dowiozła nas szczęśliwe do celu nawet przez ostatni odcinek drogi do Blue Hole, gdzie bardziej zdatny byłby samochód terenowy. Przepisy drogowe w Egipcie też są trochę odmienne od naszych... Na przykład jadąc autostradą można spotkać trąbiący radośnie samochód jadący po tym samym pasie w przeciwną stronę. Ale to takie tam... . Jesteśmy w Blue Hole o godzinie 6 rano, Dive Masterzy już na nas czekają, więc wypakowujemy graty i idziemy ... i tu są dwie wersje do WC i na kawa-czy-herbata. I to i to pachnie sportami ekstremalnymi ale WC to prawie hardcore. Tak czy siak po krótkim odpoczynku Jacek pokazuje nam na tablicy uroki miejsca i plan nurkowy, a potem... daje nogę z naszej grupy. Czy mu wybaczymy to się jeszcze okaże.
Naszą DM została Barbie (mam nadzieje, że nie przekręciłem) sympatyczna Niemka (nareszcie kobita), która z małymi problemami, ale zagoniła naszą grupkę do wody (zaczynamy z Bells i płyniemy do Blue Hole) i naszą DMastrkę... zalało. Całe szczęście wodą (miała suchacza), nie krwią. Barbie z rozbrajającym uśmiechem i "sorry guys" na ustach przydzieliła nas do innego DM. Zejście kominem do ok. 25m stanowiło delikatny problem, bo skakaliśmy sobie po głowach, ale jakoś zebraliśmy się do kupy i dalej już poszło z górki. Przepłynęliśmy do siodła Blue Hole, następnie rundka dookoła wewnątrz i do brzegu. Na brzegu oddajemy butle pakujemy klamoty, pijemy herbatkę, pakujemy pick-upy i jedziemy do Canyon (ok. 1,5km). Na plaży obsługa rozłożyła już maty, więc bierzemy butle, skręcamy sprzęt i po krótkiej odprawie do wody. W Canyonie zejście do głębokości ok. 25m w połowie długości, a następnie w górę, do wlotu. Po wyjściu z Canyonu pokręciliśmy się na rafce przy brzegu i tak zakończyliśmy nasz pobyt nurkowy. I tu kilka uwag natury praktycznej. Po pierwsze - ostatni dzień przed odlotem, więc bierzemy nitro, czym gorętszy tym lepiej - do jutra trzeba się odsycić (my mieliśmy mieszankę 35-37%). Po drugie - dobrze, że jesteśmy z samego rana, jeszcze nie zbiegła się stonka. Po trzecie - i tak nas jest za dużo, miejsce na pewno piękne i magiczne, ale jego urok zabijany jest przez zgraję nurkującej na raz braci, aż nie chce mi się myśleć, jak wygląda ŚRODEK sezonu. I teraz to już naprawdę KONIEC z nurkowaniem. Po Canyonie jedziemy do centrum Dahab, na lunch i małe zakupy. Zakupy były udane, a i lunch niczego sobie ale mam "wrażenie graniczące z pewnością" , że z lunchu najbardziej zadowolone były wszędobylskie koty. Kto chce, może poleżeć na poduchach w knajpie do 16, potem wracany do hotelu. Trochę mamy już dość, więc cała drogę do Sharm kimiemy w samochodzie. A wieczorem rutyna - płukanie, odkażanie (zewnątrz i wewnątrz), kolacja, pakowanie i spanie. Jutro dla odmiany wstajemy o 3 rano, bo samolot mamy o 7.30. Autobusy zabierają nas na lotnisko, sprawnie przechodzimy odprawę bagażową (łanderfulkantry - nikt nie zainteresował się naszą nadwagą), paszportową (nawet musiałem pożyczyć długopis pogranicznikowi, żeby mógł pokryklać nam w paszportach) i już jesteśmy na hali odlotów, gdzie zamawiamy dwie kanapki, herbatę i kawę za jedyne 25$ i nawet udało nam się to przełknąć, a po 4 godzinach lądujemy na naszym dobrze znanym lotnisku MIĘDZYNARODOWYM.
Po 30 minutach czekania na bagaż żegnamy się z towarzyszami i towarzyszkami niedoli (mimo wszystko pożegnaliśmy Jacka i Piotrka), dzwonimy na parking po busa (a w busie już siedzą koledzy z Gdańska - okazało się, że stoimy na tym samym parkingu) i o godzinie 16 meldujemy się naszym paniom, z uśmiechem na ustach pytając, czy już wszystko do świąt gotowe. Bo my siły nie mamy i w ogóle koledzy z Nowej AMY wybili nam nurkowanie na... 4 dni, bo w niedzielę jedziemy na Pogorię puszczać karpia i płukać graty. Prawie się udało, karpie poszły w p..., a nam zamarzła woda i z nura była figa, bo nie przygotowaliśmy się na podlodowe. I to już wszystko. No prawie. Teraz, dla takich "prawiczków" jak my, którzy pierwszy raz jadą do Egiptu, obalimy kilka mitów, które nam nie dały spać przed wyjazdem.
Mit 1 - Pływanie w rękawiczkach
Miejscowi proszą o pływanie bez rękawiczek, ale słowa złego nie powiedzą, jeżeli pływasz w. Temperatura wody wynosiła 24 w porywach do 25 stopni na 40m więc nie ma problemu z termiką. Problemy mogą być, jeżeli będziesz musiał czegoś się złapać na przykład na wraku, albo pogłaskać rybkę (czasami nie wiadomo co kilasz, więc lepiej tego nie robić, ale jak już musisz to lepiej w rękawiczkach). Generalna zasada - NICZEGO NIE DOTYKAĆ. Ja ponieważ nawet samochód prowadzę w rękawiczkach, również w nich nurkowałem, ale byłem grzecznym nurkiem.
Mit 2 - Nie zabieramy noży
Tyleśmy się naczytali o nożach, że nawet nie pakowaliśmy ich do worów. A tu mała niespodzianka! Rzeczywiście Egipcjanie, szczególnie w parkach narodowych, robią straszne miny na widok noża, płaczą i opowiadają o drakońskich sankcjach dla centrów nurkowych za niedopilnowanie grupy nożowników, ale jak się okazuje ZAKAZU prawnego NIE MA! A nuż to nie tylko broń służąca do polowań i obrony przed rekinami, ale przede wszystkim BEZPIECZEŃSTWO. Na wrak raczej bym nie poszedł bez scyzoryka, a jeżeli myślicie, że sieci są tylko na Bałtyku to ŹLE myślicie. W popularnym miejscu nurkowym jakim jest Jackson Reef, jak tylko Jacek spuścił nas z oka daliśmy z Czesiem jump'a na dno. A tu mała niespodzianka. Na głębokości 45m całe dno usłane sieciami - zdążyłem zatrzymać się metr od nich. WIĘC nóż lepiej mieć (nawet mały przy BC) i... nie nurkować nisko i bardzo powoli. A to mi się z lotnictwem pomyliło.
Mit 3 - Środki higieny osobistej
Egipt to kraj muzułmański więc w tym temacie mogą być problemy. Przed wyjazdem kalkulowaliśmy długo kiedy i gdzie i co i jak. Na lotnisku zaraz po przylocie pogalopowałem do Duty Free Shopu, Czesiek pilnował bagażu a ja z jego paszportem próbowałem zrobić zakupy. A tu zaskoczenie - nawet jak bym wyniósł cały sklep pies z kulawa nogą się nie zainteresował dokumentami. Mało tego już w trakcie, kiedy zaświeciła nam się lampka rezerwy, okazało się że na mieście można kupić butelcynę. W Duty Free (podobno jest jeszcze jeden sklep na mieście w Nama Bay, ale do lotniska wcale nie jest dalej) - alkohole markowe i prawie wszędzie alkohole miejscowe. I tu mała przestroga, że w tej części świata napitki trudno odróżnić od wyrobów petrochemicznych - po smaku. Ale można po cenie! Spróbowaliśmy i żyjemy. I niech tak zostanie.
Mit 4 - Święta Wojna
Nadszedł czas dokopać Legii - no wiecie jakiej... No ale... nie mamy sumienia i najmniejszego powodu. Pod względem organizacyjnym wyjazd dopracowany był perfekcyjnie. Przelot, transfery, hotel, nurkowania - wszystko było dopięte na ostatni guzik i przy minimalnej współpracy uczestników, samo kręciło się we właściwym kierunku. W prawdzie pora roku nie sprzyjała spotkaniom ze zwierzątkami o większych gabarytach, ale wiedzieliśmy kiedy jedziemy, więc narzekamy. Zresztą nie było w tym temacie "zero" absolutne, a i drobnica była piękna i kolorowa. Poza tym jak ja nie cierpię tłumów, a po ilości łodzi w porcie, na samą myśl o nurkowaniu w sezonie robi mi się słabo.
Nurkowanie z Jackiem było dużą przyjemnością (z Piotrem nie pływaliśmy, ale skarg nie słyszałem), nawet tacy jak my, wybredni HanysNury, bez zbędnego stresu i na luzie miło spędzili tydzień, za co ORGANIZATOROM dziękujemy i mamy nadzieję, że jeszcze się spotkamy na jakimś fajnym nurkowaniu.
CN Nowa AMA z Warszawy - możemy polecić z czystym sumieniem!!!
DARZ NUR!
Sharm el Sheikh 2007 czyli jak obaliliśmy mit Świętej Wojny...